niedziela, 27 grudnia 2015

Zużycia kosmetyczne

Zawsze ubolewam nad tym, że przygotowania do Świąt trwają o wiele dłużej od samych Świąt, uwielbiam nicnierobienie połączone z wcinaniem moich ulubionych przysmaków. Zbliżający się koniec roku zmotywował mnie do zrobienia porządków w kosmetykach i w końcu moja toaletka wygląda przejrzyściej. Co prawda ostatnie denko pojawiło się zaledwie na początku miesiąca ale w Nowy Rok chciałabym wkroczyć bez śmieci i z czystym kontem tym bardziej, że przez miesiąc zdążyłam zużyć sporo kosmetyków.



Już nigdy, ale to nigdy nie sięgnę po zmywacz do paznokci Sally Hansen,  wersja do słabych paznokci jeszcze tylko pogorszyła stan moich pazurów. Scrub do ciała z Bomb Cosmetics przepięknie pachniał limonką a kawałki żurawiny jeszcze bardziej uprzyjemniały zdzieranie naskórka. Niestety nie udało mi się go dokończyć, nie używany przez dwa tygodni zbił się w jedną,wielką bryłę cukru. Olejek do ciała Skin Perfector Garnier Body był taki sobie KLIK, już do niego nie wróce.


Różana woda micelarna z Nuxe świetnie zmywała makijaż oczu i twarzy delikatnie przy tym pachnąc, ale zostanę przy micelu z Garnier, może nie pachnie tak ładnie ale demakijaż nim jest równie skuteczny, no i kosztuje odrobinę mniej ;) Maseczka The Face Shop z glinki wulkanicznej pamięta lepsze czasy, najwyższa pora jej się pozbyć chociaż miło ją wspominam. Nawilżający krem do twarzy Hydra+ z ROC miał lekką konsystencję, ekspresowo się wchłaniał i przyjemnie nawilżał.


O ile nie polubiłam szamponu i odżywki z serii John Frieda Sheer Blonde o tyle z przyjemnością używałam maski do włosów. Świetnie sprawdza się na włosach, które potrzebują dobrej opieki. 30ml buteleczka olejku Macadamia pozostawiła u mnie ambiwalentne uczucia, niby wygładza włosy ale nie jestem pewna czy nie działa tak samo jak tańsze olejki. Miniatura Aussie 3 Minute Miracle Reconstructor utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że moim włosom zupełnie nie odpowiada.


Benetint z benefit wyglądał lepiej na ustach niż na policzkach ale nadal bez szału. Zmęczona podkreślaniem brwi zdecydowałam się na domową hennę. Ta brązowa z Delia wyszła bardzo naturalnie. Szkoda tylko, że jest jej tak dużo a nadaje się do jednorazowego użytku. O Mineral Veil  z bareMinerals mówiłam już nie raz, warto się nim zainteresować. Równie ciepło wspominam puder do twarzy Naked Skin z Urban Decay KLIK chociaż do pudru wszechczasów troche mu brakowało. Mam podobne odczucia co do korektora z NYX KLIk, nie jest zły ale mógłby być lekko ulepszony. Bez żalu żegnam pomadkę ochronną Baby Lips z Maybelline. Nadal pamiętam pochwalne recenzje na ich cześć i nadal zastanawiam się co wszyscy w nich widzieli. I tak żegnam się z ubiegającym rokiem :)

Jak minęły Wam Święta?

piątek, 28 marca 2014

Marcowy Projekt Denko

Kolejny tydzień za nami. Aż chciałoby się krzyknąć piątek, piąteczek, piątunio. Wraz z piątuniem nadszedł czas na marcowy Projekt Denko - nie poszło mi tak dobrze jak w zeszłym miesiącu ale jednak udało mi się zużyć kilka kosmetyków i zrobić miejsce nowościom. 


Produkty twarzowe to najliczniejsza grupa denkowców. Effeclar Duo z La Roche-Posay uratował moją cerę. Zminimalizował pory, zapobiegł pojawieniu się nowych pryszczy i wyleczył wszystkie podskórne gule, które wcześniej za nic nie chciały zniknąć. Co prawda używam teraz zestawu Clinique a potem chcę wypróbować Effeclar K ale myślę, że co jakiś czas będę profilaktycznie wracać do tego kremu. Kolejny krem wyszedł z tej samej stajni ale jest to nawilżający krem do twarzy Hydreane Riche. Kupiłam go razem z Effeclar Duo bo bałam się przesuszonej skóry podczas trwania kuracji. Hydreane Riche okazał się strzalem w 10, nawilża i koi skórę. Tak bardzo, że kupiłam drugie opakowanie. Płyn micelarny Skin Perfection 3in1 Puryfing Micellar Solution z L'Oreal narazie pozostaje moim ulubieńcem. Wszystko może się jednak zmienić bo teraz testuję i przez dłuzszy czas będę testowała inne micele. Krem z dodatkiem podkładu Olay Total Effects 7 in One okazał się być całkiem przyjemnym kremem tonującym a o kremie pod oczy Puffy Eye Attack z Soap&Glory nie będę sie rozpisywać bo wszystkie zachwyty nad nim opublikowałam tu KLIK.


Zmiękczający krem do stóp Scholl męczyłam co najmniej dwa lata. Aż w końcu wyrobiłam sobie nawyk regularnego nakładania kremu na stopy to się skończył. Na gwałty potrzebuję czegoś innego więc pytanie do Was co polecacie? Niestety nie mam dostępu do polskich kosmetyków. A krem do rąk Sweet Fantasy z Joanna o zapachu czekolady był niestety istnym koszmarkiem, którego nie udało mi się nawet zdenkować. Chemiczny zapach i brak jakiegokolwiek działania.


Odżywka 3 Minute Reconstructor z Aussie zużyłam i widziałam jakieś efekty ale nada uważam, że te produkty są dość mocno przereklamowane. Marion Nature Therapy czyli ocet z malin w sprayu nie był używany zbyt systematycznie więc nie widzę żadnych efektów.


Próbkowo i znowu Marion z kremowym peelingiem do twarzy z ziarenkami winogron naprawdę mnie zachwycił! Przyjemny w użyciu zostawił skórę gładką i delikatną w dotyku. Kolejną próbką, która przyjemnie mnie zaskoczyła był Water March z Holika Holika. Mocno nawilżona skóra to jest to. Gdybym tylko miała więcej próbek i nadal bylabym zadowolona z efektów pokusiłabym się o pełnowymiarowy produkt. Za to Inteligentnie Nawilżający Krem do Twarzy na Dzień z GOCranberry okazał się być strasznym śmierdzielem. Ostatni, dość magiczny, krem BB Nude Magique z L'Oreal dość pozytywnie mnie zaskoczył efektem i samym rytualem aplikacji. Niestety odcień medium okazał się o wiele za ciemny i miałabym obawy czy nawet wersja light też nie byłaby odpowiednia.


Na sam koniec zostawiłam bezużyteczne plastry na wągry Purederm. Jeżeli szukacie czegoś co zupełnie nie działa koniecznie po nie sięgnijcie. Moje ukochane skarpety peelingujące do stóp Baby Silky Foot z Holika Holika goszczą u mnie dość regularnie KLIK. A żel antybakteryjny do rąk z  Bath&Body Works, który znalazłam w paczce od As i Esiaka był moim pierwszym spotkaniem z tą firmą. Zapach czasami bywał męczący ale polubiłam takie żele.

To wszystko w tym miesiącu. Jestem ciekawa jak poszło Wam denkowanie w marcu, jesteście zadowolone z Waszych zużyć?

                                                                                                           Buziaki, 
                                                                                                    Gosia

sobota, 1 lutego 2014

Styczniowy Projekt Denko

Mówię to co miesiąc ale czas biegnie jak szalony a puste opakowania w torbie, które zbieram przez cały miesiąc coraz bardziej mi to uświadamiają. Lubię te moje posty z Projektem Denko, mogę wtedy dokładnie porównać puste opakowania z nowymi kosmetykami. Zazwyczaj nowości przeważają ale w styczniu poszło mi dosyć kiepsko - z używaniem i kupowaniem. Sorry, ale taki mamy klimat ;) Zresztą, skupmy się teraz na pustakach a nowości zostawmy na kolejną notkę.


Słabiutko, prawda? Powtarzam jednak sobie, że najważniejszy jest to, że coś jednak udało mi się zużyć.


Piankę do mycia ciała Organique dostałam w Mikołajkowej przesyłce i o ile zapach był słodki o tyle nie do końca to moje klimaty. Jednak sama pianka była świetna i umilała mi (i nie tylko mi;)) prysznice. Jeżeli tylko mi się uda, postaram się zaopatrzyć w większą ilość kosmetyków tej firmy.
O peelingu Flake Away od Soap&Glory pisałam już jakiś czas temu, dokładnie tu KLIK. Nie zmieniłam zdania o nim i nadal uważam, że jest to produkt godny polecenia. Pewnie kiedyś do niego wrócę, narazie mam ochotę na przetestowanie innych drapaków S&G. Żel pod prysznic Radox niczym mnie nie zachwycił. Pachniał trochę chemicznie, koło wiśni to on chyba tylko stał. Cieszę się, że udało mi się wykończyć i więcej do niego nie wrócę.


Serum do włosów John Frieda było całkiem przyjemne, napakowane silikonami, które moje włosy bardzo lubią. Wygładzało, trzymało włosy pod kontrolą. Mam jeszcze miniaturę tego specyfiku, którą dostałam w GB i tysiąc innych podobnych specyfików więc już po niego nie sięgnę. Doszłam do wniosku, że szampony do włosów Aussie to nic specjalnego i jest dużo hałasu o nic. Ten robił co miał robić czyli mył.


Mineralny puder od Elizabeth Arden był odkryciem roku 2012. Potem trochę o nim zapomniałam ale nadal bardzo go lubiłam. Zresztą pisałam o nim rok temu, o tutaj, KLIK. Podkład do twarzy Hello Flawless BeneFit to kolejny twarzowy ulubieniec. Zostało go jeszcze trochę w opakowaniu ale pompka się popsuła/zacięła i nie mogę już niczego z niego wydobyć. A szkoda. Poświęciłam mu oddzielną recenzję, KLIK. I kolejny kosmetyk od BeneFit, miniaturka korektoru w kremie Boi-ing. W jego recenzji KLIK wspomniałam, że odcień 02 był za ciemny jednak zmieszany z 01 kiedy cera nabrała koloru w lecie sprawdził się doskonale. W moich zbiorach mam jeszcze kilka korektorów więc mimo wszystko do tego nie wrócę.


Pomadka do ust Springfield Cosmetics była jednym z wielu produktów przywiezionych dla mnie przez siostrę z Hiszpani. Świetnie nawilżała usta a w dodatku pięknie pachniała. Szkoda, że już raczej do mnie znowu nie trafi. Mała tubka olejku arganowego do włosów to moje kolejne zużyte opakowanie. Tak jak serum John Frieda, wygładza włosy, przyjemnie pachnie i ma bardzo fajną cenę. Miniaturka mleczka oczyszczającego od Ying Yang Skincare nie zachwyciła mnie niczym. Zużyłam bo zużyłam ale nie mam zamiaru zaprzyjaźniać się z kosmetykami tej firmy. Wspomnę jeszcze, że w grudniowym GB dostałam dwie saszetki kremu do twarzy tej firmy - nie zwróciłam na to uwagi ale po mejlu od Glossy dojrzałam, że saszetki są przeterminowane. Firma postanowiła się zrehabilitować i wysłała każdemu kto się zgłosił, zestaw trzech miniatur: tego mleczka, lotionu do ciała i kremu do twarzy. Miły gest.

To wszystko w tym miesiącu, nie jest tego dużo, prawda? Znacie te kosmetyki? Jak poszło Wam zużywanie w styczniu? 

                                                                                             Buziaki, 
                                                                                                Gosia

wtorek, 1 października 2013

Jak to? Znowu koniec miesiąca? - Wrześniowe denko

Zanim zacznę pisać dyrdymały o denkach, chciałabym Wam bardzo podziękować za tyle miłych słów pod moim włosowym postem! Utwierdziły mnie one w przekonaniu, że to była dobra decyzja i sprawiły, że na twarzy mam wielkiego banana. Wielki buziak dla każdej z Was!

Nie wierzę, że już mamy październik! Wydawało mi się, że moje sierpniowe denka pokazywałam Wam zaledwie kilka dni temu a już musiałam obfocić wrześniowe zużycia. Co więcej byłam przekonana, że dopiero mamy połowę miesiąca. Widać jak często patrzę w kalendarz ;)
Wrześniowe zużycia to moja mała duma, bo zużyłam dużo. Nie będę Was jednak zanudzać i od razu przejdę do wrześniowych bohaterów.


Spora gromadka, co? Żeby było łatwiej podzieliłam opakowania, jak zawsze, na grupy.


Szampon do włosów GreatHair to jak dla mnie wielka porażka. Zresztą pisałam o nim tu KLIK. Zużyłam go do mycia mniej lubianych pędzli bo nie nadawał się do niczego innego. Bardzo żałuję wydanych na niego pieniędzy. Kokosowe duo od Balea czyli szampon i odżywka to zupełne przeciwieństwo szamponu GH. Zakochałam się w zapachu i działaniu ale nie posunę się do sprowadzania tego duetu z Niemiec. Recenzja napisana, czeka tylko na opublikowanie. Szampon do włosów Aussie, nadawał objętości i w dodatku pięknie pachniał, zresztą tak jak wszystkie produkty Aussie. Nie wiem jednak czy jeszcze go kupię bo z objętością nie mam żadnych problemów. Na zdjęciu powinna znaleźć się też maska do blond włosów LUSH, która była wielkim rozczarowaniem. Nie będę teraz zdradzać szczegółów, wolę wszystko napisać w oddzielnej recenzji.


Scrub do ciała Soap&Glory, mam co do niego mieszane uczucia i żeby powiedzieć o nim coś więcej muszę wziąść (wszystko można braść!) w obroty drugie opakowanie, które już czeka pod prysznicem. Żel pod prysznic Balea pachniał tak jak tego oczekiwałam. Mycie się soczystą pomarańczą było istna przyjemnością! Ale tak jak z kosmetykami do włosów tej firmy, nie będę bawić się w importowanie tych produktów. Masło do ciała Nip+Fab był ucztą dla nosa! Piękny zapach prawdziwego mango zawsze wprowadzał mnie w dobry humor. Dodajmy to tego dobre nawilżenie i mamy przepis na produkt idealny. Z recenzją jeszcze poczekam bo chcę porównać go z inną wersją zapachową. Krem Nivea zużyłam bo zużyłam. Zazwyczaj brałam go w obroty przed nałożeniem samoopalacza i do dobrego nawilżenia kolan i łokci.


Miniaturka kremu do twarzy Monu to był strzał w dziesiątkę. Nawilżał tak jak tego chciałam, był idealnym kremem pod makijaż a i SPF15 to dodatkowy bonus. Co prawda nie znosiłam tej małej buteleczki bo pod koniec ciężko było mi wydostać z niej krem ale to tylko miniaturka więc nie będę na to narzekać. Za to krem L'Occitane to istna porażka. Mocny ziołowy zapach sprawił, że na twarz nałożyłam go tylko raz i ciężko mi cokolwiek o nim powiedzieć. Za to nogi fajnie nawilżył ;) Cetaphil zużyłam na spółkę z siotrą ale nie używałam go aż tak regularnie żeby mieć o nim wyrobioną opinię. Krzywdy mi nie zrobił ;) Żel do mycia twarzy Green Pharmacy używałam z przyjemnością i zachwytem do czasu kiedy nie przetarłam twarzy tonikiem LUSHa. Ten żel nie radził sobie ze zmyciem resztek podkładu. O innych właściwościach nie będę się rozwodzić bo nie był to żel przeznaczony do mojego typu skóry. Płyn micelarny Lirene czyli drugi micel jaki kiedykolwiek używałam. Recenzja się pisze!


Baza minimalizujący pory BeneFit to moja wielka miłość. Co prawda była to miniaturka dołączona do jednego z zestawów ale starczyła mi na całe wieki (no dobra, miesiące). Za jakiś czas na pewno pokuszę sie o pełnowymiarową wersję. Puder do twarzy Elizabeth Arden to kolejny strzał w dziesiątkę. Mimo tego nie sprawię sobie kolejnego egzemplarza bo uwielbiam testować i poznawać nowości. Smokey Eye Effect Eyeshadow od Max Factor to z kolei kompletna porażka, która leżała w szufladzie czekając na lepsze czasy. Niestety, jakoś nigdy one nie nadeszły. Cienie zbierały się w załamaniach już po kilkunastu minutach a na dodatek, zmieszane razem, wyglądały jak mało urocza siwa kupa.


Spray do ciała So...? to zwykły zwyklaczek. Jakiś czas temu skusiłam się na płatki nasączone zmywaczem do paznokci. Stwierdzam jednak, że koło zmywacza to one jednak nigdy nie stały i lepszy efekt uzyskałabym pocierając paznokieć suchą chusteczką. Wybielający zestaw do zębów Smile Bright, to coś czego nie zużyłam do końca z czystego lenistwa. Nie miałam ochoty na godzinne siedzenie z żelami i gumowymi nakładkami na zęby przez godzinę. No i te nakładki sprawiały, że śliniłam się jak rasowy bernardyn. Suplement diety na skórę, włosy i paznokcie jeszcze nie pozwolił na wyrobienie mi o sobie zdania. Ta fiolka starczyła mi jedynie na 20 dni więc jestem w trakcie drugiej kuracji. A zaczęłam brać te tabletki przerażona włosami wypadającymi mi wielkimi kłębami i paznokciami, które były w tragicznym stanie. Co prawda zauważyłam w tym tygodniu lekką poprawę ale to jeszcze za wcześnie na ocenienie sytuacji.


Nawilżane chusteczki do twarzy no name były trafione w połowie. Tej mokrzejszej połowie ;) ale mocny zapach mięty sprawił, że już nigdy po nie nie sięgnę. Maseczki do twarzy Montagne Jeunesse: malina i mango pachniała jak skisłe mango i o ile ta saszetki zazwyczaj starczają mi na trzy użycia, tą musiałam odesłać do denkowego woreczka już po pierwszym razie. Za to rozgrzewająca czekolada i pomarańcza to coś, po co sięgnę jeszcze nie raz. Może nie ze względu na rezultaty ale ze względu na piękny zapach i relaks jaki mi zafundowała. Antystresowa, ogórkowa maseczka peeling naprawdę miała w sobie coś co pozwoliło mi się odprężyć. Plus za bardzo łatwe ściąganie (peel off).

Jak poradziłam sobie w tym miesiącu? Znacie moich denkowców? Macie o nich takie same zdanie co ja?

                                                                                                         Buziaki,
                                                                                                                      Gosia

poniedziałek, 2 września 2013

Fakty faktami ale denka muszą się zgadzać. Sierpniowy Projekt Denko

Najpierw zrobiłam zdjęcia pustym opakowaniom żeby na spokojnie usiąść i nagrać też denkowy filmik. Niestety sąsiad mnie przechytrzył, i kiedy się mościłam na krześle, wjechał traktorem na pole obok - uroki mieszkania na wsi czyż nie. Dlatego dziękujcie sąsiadowi, że nie pojawi się tutaj link do YT ;)

Denkowania wciągnęło mnie niesamowicie i sprawia mi wielką przyjemność. Co prawda trzymanie w pokoju pustych opakowań jest trochę irytujące ale czego się nie robi dla satysfakcji z zdenkowania kosmetyków? Czego pozbyłam się w tym miesiącu?
Po zrobieniu grupowego zdjęcia próbowałam podzielić denkowców na kategorie co nie było łatwe bo prawie wszystko jej z innej parafii.
Zaczynając od pana po lewej czyli myjącym peelingu z żurawiną z Joanny, który zachwycił mnie swoim zapachem! Co prawda do ciała wydawał mi się być zbyt delikatny ale idealnie sprawdził się do peelingowania twarzy. No i butelka jest tak maciupeńka, że obawiałam się iż starczy jedynie na 3-4 aplikacje na całe ciało. Żele pod prysznic OS nadal mnie zadziwiają. Nie że to ich działanie mnie tak zdumiewa ale to jak szturmem podbiły blogosferę. Co prawda wersja limonkowa pachniała jak Skittles ale naprawdę czym się tu tak zachwycać? Miniaturka olejku Caudalie to, niestety, tylko 15ml szczęścia. Nie chciałam marnować tego cuda na ciało czy włosy ale nakładałam go co wieczór na twarz (bądź co bądź twarz mam nadal mniejszą niż pośladek) i takim sposobem cieszyłam się idealnie miękką i nawilżoną skórą przez ponad miesiąc. Spray rozjaśniający włosy John Frieda był odkryciem zeszłego roku. Rzeczywiście sukcesywnie rozjaśniał moje włosy. Mam jeszcze drugi egzemplarz razem z odżywką i szamponem z tej samej serii ale chyba dam sobie przerwę na jakiś czas. Nie chcę zniszczyć włosów. Dezodorant Garnier nie będzie miał tu żadnej recenzji. Dezodorant jak dezodorant. Za to pianka do mycia twarzy z L'Occitane to spory bubel. Powiem, że było to sporym zaskoczeniem bo krem do twarzy z tej samej serii był moim odkryciem roku 2011. Pianka nie oczyszczała ani trochę a i tak używałam jej jedynie rano. Niestety mam chyba gdzieś drugie opakowanie pianki.

Kolejny raz zdenkowałam suchy szampon Batiste. Nie mam porównania z innymi firmami ale Batiste na tyle mnie zadowala, że nie będe eksperymentować. Spray termoochronny z Aussie towarzyszł mi dłuuugi czas - gdyż iż ponieważ bardzo rzadko korzystam z suszarki/prostowiny/lokówki. Nie mogę się więc wypowiedzieć na temat jego działania bo nie używałam go regularnie.

Krem Nivea służył mi do wszystkiego: rąk, twarzy, ciała. Nie jest może on ideałem ale raz na jakiś czas pozwalałam sobie na zgrzeszenie ;) Nawilżający krem do twarzy Neutrogeny czasami wydawał się być zbyt lekki na moje potrzeby i, nie zawsze, ale często wyczuwałam w nim zapach plastiku. Jedynym plusem tego kremu było to, że zawiera SPF15. Mineralny krem do twarzy z tintem z Coola był strzałem w dziesiątkę w upalne dni, kiedy nie chciałam kłaść na twarz ciężkiego podkładu a kiedy chciałam mieć jednak coś na twarzy. Była to miniaturka z GlossyBox i szczerze żałowałam, że to tylko 7ml. Jakby nie było - starczyło na ponad miesiąc. Za to krem Total Moisture od BeneFit to dno i metr mułu. Czułam się jak w masce pod którą okropnie się pociłam. Jak dobrze, że była to tylko miniaturka!

Podczas gruntownych porządków znalazłam dwa eyelinery Essence, które mam od 2-3 lat a których nigdy nie używałam. Nie będe teraz ich testować prawda? Lakier do paznokci, też z Essence, zasechł na Amen. Eyeliner z Collection 2000  w ogóle się tu nie powinien pojawić! Nie wiem paczemu zrobiłam mu zdjęcie jako denkowcu? Niestety tusz do rzęs False Lash Flutter  L'Oreal nie spełnił moich oczekiwań. Sklejał rzęsy i okropnie się kruszył. Nigdy więcej!


Maseczka do twarzy przyjechała razem z siostrą z Hiszpanii ale jakoś nie podbiła mojego serca (maseczka znaczy się, nie siostra). Naklejki Essie pokazałam Wam na paznokciach kilka postów wstecz. Takiego koszmaru nigdy nie miałam na paznokciach! Próbka perfum Miss Dior okazała się być kawałkiem kartonika nasączonym zapachem. Chciałam zobaczyć jak zapach rozwinąłby się na mojej skórze ale niestety potarcie nadgarstka kartonikiem nie dało to żadnego efekty. Niemniej kartonik pachniał cudownie.

To wszystko w tym miesiącu. Macie doświadczenia z którymś z moich denkowców? Chętnie dowiem się co się u Was sprawdziło a co okazało się kompletnym niewypałem. 

                                                                                                          Buziaki,
                                                                                                   

wtorek, 2 lipca 2013

Nowości czerwca

O tym, że cały miesiąc się uczyłam i pisałam egzaminy już wiecie - trąbię przecież o tym od jakiegoś czasu. Nic dziwnego, że nie miałam czasu na żadne wycieczki po sklepach w tym miesiącu. Dopiero w zeszły piątek udało mi sie odstresować w najmilszy znany mi sposób - zakupy! Nie jest tego dużo ale obiecuję sobie, że odrobię wszelkie straty w lipcu.

Tak, tak. Mizernie to wygląda.

Niezastąpiona Gosia wysłała mi trzy butelki płynu micelarnego. Eveline jest już w użyciu ale nie wyrobiłam sobie jeszcze o nim żadnego zdania. Mam nadzieję, że te zapasy starczą mi na dłuższy czas ;)

Aussie, Aussie, Aussie. Chyba nie muszę nic o nich pisać? Nawilżający szampon i odżywka, jak zawsze ślicznie pachną. Do tego magiczna maska, w której zakochałam się już po pierwszym użyciu. Możliwe, że to złudne wrażenie, bo pełno w niej silikonów, ale te akurat służą moim włosom.



O biust też trzeba zadbać, prawda? Krem do Nip+Fab, ma ujędrnić, modelować i poprawić wygląd. Jak będzie? Tego sama jestem bardzo ciekawa.


Mój ukochany podrabiany Beauty Blender skończył swój żywot w koszu na śmieci musiałam sięgnąć po coś innego. Od dawna chciałam zainwestować w pędzle realTechniques ale nigdy nie było mi z nimi po drodze. W piątek trafiłam na stippling brush - nadal próbuję wypracować sobie odpowiednią techikę używania tego pędzla.
BeneFitowa nowość, czyli baza pod podkład Stay Flawless zaciekawiła mnie swoim opisem. Baza ta ma przyciągać jak magnes cząsteczki podkładu, który ma być trwalszy na skórze twarzy. Jeszcze nie rozpakowałam tej bazy więc nie wiem czy z tym magnezem to prawda ;)

Naszyjnik tego typu marzył mi się od dawna, miałam wrażenie, że będzie pasował do wszystko. W końcu udało się - siostra znalazła go w Dorothy Perkins ale nie martwcie się bo strojów dnia u mnie nie znajdziecie ;)

Stwierdziłam też, że brakuje mi kopertówek i nie wahałam się ani chwili kiedy w sklepie ujrzałam te dwie. Jedna to wielka, pudrowo różowa kopertówa a druga to mniejsza, oliwkowa z ćwiekami i dzyndzelkowym ogonkiem. Niach niach, nie mogę się doczekać na ich premierę.

To wszystko w tym miesiącu, czy jest coś o czym chciałybyście przeczytać?

                                                                                                                    Buziaki,
                                                                                                                        




niedziela, 30 czerwca 2013

Bo lubię co jakiś czas znaleźć się na dnie

Czerwiec niestety nie był obfity w posty na blogu. Zaniedbałam mój koci kosmetyczny zakątek na rzecz nauki i co za tym idzie, egzaminów. Ale to że nie pisałam nie znaczy, że nie denkowałam. Chociaż płócienna torebka wydawała się być wypełniona po brzegi przy robieniu zdjęć okazało się, że to puste opakowania są wielkie a denko samo w sobie dosyć małe. Nic to - pozbyłam się rzeczy po które już dawno powinna przyjść kosmetyczna Kostucha.

Rodzinna fotka też nie wyszła ale zrzucam winę na moje trzęsące się dłonie przy robieniu zdjęć.

Dwufazowy płyn do demakijażu, Garnier x2. Jeżuuu, mam nadzieję, że to już koniec. Kupiłam tego kiedyś na zapas i tak się z tym bujam do teraz. Pisałam o nim tu KLIK. Mam nadzieję, że nie znajdę jeszcze jednego opakowania schowanego w szafie bo tego płynu mam już po dziurki w nosie.

Płyn micelarny, RoC - poświęciłam mu całą notkę tu, KLIK. Nie zamierzam do niego wrócić.

Podrabiany BeautyBlender, który kupiłam jakiś czas temu w TK Maxx. Używałam jej codziennie od stycznia i nie mogłam powiedzieć na nią złego słowa. Nie rozwaliła się w żaden sposób ale znalazłam wczoraj na niej dwie podejrzane czarne kropki. Nie chcę ryzykować i dlatego trafia do kosza.


Odżywka do włosów, Great Hair - pisałam o niej tu, KLIK. To ona ratowała siostrzany szampon i pierwszy raz wykończyłam odżywkę przed szamponem, którego jeszcze trochę zostało w butelce. Nie wiem co z nim zrobić, bo nie do końca uśmiecha mi się używać samego szamponu.

Intensywnie regenerująca odżywka do włosów, Biowax - szału nie było. Maska nie spełniła moich wymagań i nie sądzę, że do niej powrócę. Na dodatek przy ostatnim użyciu klęłam na nią ile wlezie bo nie mogłam dosięgnąć produktu na dnie.

Szampon do włosów z granatem Alterra - miniaturka, które starczyła mi na kilka myć. Jeżeli mi się uda kupię pełnowymiarowy szampon a nawet zrobię spory zapas. Moje włosy będą mi za to wdzięczne :)

Żel pod prysznic, The Body Shop - wspomniałam o nim w tej notce, KLIK. Nie wiem czy będę chciała wypróbować inne zapachy żeli z TBS z obawy na spotkanie z kolejnym śmierdziuchem.

Serum intensywnie wyszczuplające+ ujędrniające, Eveline - to jedno opakowanie służyło mi od roku, tak często go używałam ;) a żeby było jeszcze zabawniej zrobiłam spory zapas tego serum, jak dobrze pójdzie do 30stki zdenkuję te wszystkie opakowania ;)

Peeling do ciała, Balea - baaardzo delikatny żel pod prysznic z baaaardzo delikatnymi drobinkami peelingującymi ale przynajmniej był bardzo miły dla nosa. Wydaje mi się, że był niewydajny ale możliwe, że ktoś z domowników też go używał po kryjomu.


Próbka maski do włosów KeraStraight zupełnie nie przypadła mi do gustu, maseczka do twarzy typu peel off Montagne Jeunesse była przyjemnym dodatkiem do odprężających wieczorów. Maska do włosów Aussie zachęciła mnie do kupna pełnowymiarowej wersji a miniaturka żelu na wągry b-liv nie zrobiła nic oprócz szczypania mnie w oczy.


Znacie któryś z tych kosmetyków? Co o nich sądzicie?

                                                                                                                    Buziaki,
                                                                                                       

 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...