środa, 26 marca 2014

Kolekcja na środę: rozświetlacze, bronzery i róże

Jeżeli kiedyś wspomniałam, że denkowe posty uświadamiają mi jak szybko leci czas myliłam się. To moja seria postów 'Kolekcja na środę' dopiero pokazuje mi, że ledwo ogarnę jeden długi post za chwilę pora na napisanie kolejnego. Przynajmniej wyrabia to we mnie nawyk systematyczności, której naprawdę mi brakuje. To już piąta część mojej kolekcji, w zeszłym tygodniu przedstawiłam Wam moją skromną kolekcję lakierów do paznokci KLIK, tydzień wcześniej jeszcze skromniejszą grupkę szminek KLIK, jeszcze wcześniej wszystkie pędzle do makijażu KLIK a cała seria zadebiutowała postem o kilku flakonikach perfum, które posiadam KLIK. Jakoś tak jest, że każdy post jest bardzo długi, ten dzisiejszy o wszystkich moich rozświetlaczach, bronzerach i różach też zapowiada się na tasiemiec. Zdjęcia robiłam w niedzielne południe, zajęło mi to pół godziny - zauważcie jak zmieniła się pogoda, i co za tym idzie oświetlenie, w ciągu tych trzydziestu minut. 



L-P: Superb, High Beam, Sun Beam, Soft&Gentle
Zacznijmy od typu produktów, których mam tylko cztery. Mało? Dużo? Dla mnie wystarczająco ale nie wykluczam powiększenia tej gromadki w bliższej lub dalszej przyszłości. Zaczynając od lewej mamy limitowany Superb z MAC, który kupiłam jakieś dwa lata temu w LE Extra Dimension. Nadal jestem nim zachwycona, nadal go kocham za kolor i efekt jaki daje. Obok jest High Beam z BeneFit o którym niedawno pisałam KLIK. Następny jest Sun Beam z tej samej firmy. Miniaturka dołączona do gazety wieki temu nadal mi służy jednak najlepiej prezentuje się na lekko opalonej skórze więc czekamy do wakacji. I kolejny MACzek i Soft&Gentle czyli kultowy rozświetlacz, który jeszcze nie wyprzedził Superb w rankingu moich ulubieńców.


I moja największa gromadka czyli róże do policzków. Ubolewam nad tym, że pogoda przestała dopisywac i nie są one pokazane w pełnej krasie. Mam jednak nadzieję, że widać różnicę między kolorami. Zaczynając od lewej strony górnego rzędu mamy Shimmer Brick Rose z Bobbi Brown KLIK czyli coś pomiędzy rozświetlaczem a różem. Przyznaję, że nie sięgam teraz po niego zbyt często bo nie pasuje mi do ponurych, deszczowych dni. Koło cegiełki jest jest róż w kremie Dream Mousse Blush 06 z Maybelline. Okropnie dobrze napigmentowany koralowy róż, którego aplikacja może sprawiać odrobinę problemów. Obok niego jest jeden z najnowszych nabytków (o których niedługo) miniaturka różu Dandelion z BeneFit. Jeszcze nie było nam po drodze więc nie mogę nic o nim powiedzieć oprócz tego, że jest cholernie jasny. O różu Peach Party z Soap&Glory jeszcze nie pisałam bo czuję, że prawdziwy urok tego produktu pokaże się dopiero w pełnym słońcu i na lekko opalonej twarzy. I ostatni (a może ostatnia) w tym rzędzie jest Rose Ballerine z LE French Ballerine Lancome KLIK. Kocham i uwielbiam.
\

Dolny rząd i  kolejne róże. Od lewej Rockateur z BeneFit, którym jestem zachwycona i nie wiem czemu jeszcze o nim nie napisałam na blogu. Obok kultowy produkt z NARS czyli Orgasm, KLIK, który tyłka w żaden sposób mi nie urwał. I nowu moje najnowsze nabytki czyli MACowy Azalea in the Afternoon z LE Fantasy of Flowers, który jest piękny i dziewczęcy a zaraz obok niego Ginger Pop z Clinique. Wow, ten kolor ma moc! Koniecznie muszę go obfocić przy ładnej pogodzie. Ostatni jest róż w sztyfcie Cheek Stain Pink z City Color, którego nadal nie udomowiłam bo jego kolor trochę mnie przeraża.

Góra L-P: Rose, 06, Dandelion, Peach Party, Rose Ballerine
Dół L-P: Rockateur, Orgasm, Azalea in The Afternoon, Ginger Pop, Pink 

L-P: Bronze 2, Bronzo, Soleil Tan de Chanel, Bourjois, Hoola, Warmth, Refined Golden
Skoro róże mamy już mniej więcej za sobą skupmy się na bronzerach. Nie wiedziałam, że mam ich tyle ale cóż się dziwić, przecież codziennie się brązowię. Zaczynając znowu od lewej spójrzmy na bronzer Bronze 02 z HD Brows. Przyleciał do mnie w jakimś GlossyBox, nie sięgam jednak po niego zbyt często bo nie jestem przekonana do tego odcienia, plus okropnie się pyli. Mój najnowszy bronzer to ten z Soap&Glory czyli Solar Powder Bronzo. W moje ręce wpadł dosłownie kilka dni temu, zesłoczowany na ręku nie wygląda jak bronzer ale możliwe, że muszę zedrzeć tą wierzchnia warstwę. Obok S&G kolejno znajdują się kremowe bronzery/bazy brązujące z Chanel Soleil Tan de Chanel i Bourjois Bronzing Primer. Niby takie same a jednak zupełnie inne. Od miesięcy zbieram się do recenzji porównawczej, mam nadzieję, że w końcu mi sie uda. Do mojej kolekcji wrócił, w wersji mini, Hoola z BeneFit KLIK. Zaraz obok leży Warmth z bareMinerals. W lutym zaczęłam swoją przygodę z minerałami i nadal nie mogę się zdecydować czy będę ją kontynuować czy nie. Ostatni z tej grupy jest Refined Golden z MAC  z LE Temperature Rising KLIK. Niby lekko ceglasty ale ma w sobie to coś bo często po niego sięgam z przyjemnością.


LP: Urban Decay Overexposed, Temper, Glint. MAX Hibiscuss Kiss

Na koniec zostawiłam palety bo tak łatwiej je ogarnąć. Z lewej znajduje się Shattered Face Case z Urban Decay KLIK. W dolnej części paletki znajdziemy dwa róże Overexposed i Temper a także rozświetlacz Glint. Oba róże zbierają sporo komplementów. Obok jest Hibiscus Kiss z MACowej LE Rihanna <3 MAC KLIK. . Bronzer też wpada w cegłę podobnie jak Refined Golden ale tutaj już mi to przeszkadza i nie jestem zadowolona z tej pomarańczy. Za to róż jest przesłodko landrynkowy i bardzo często gości na moich policzkach. 

Dobrnęłyśmy do końca :) Wychodzi na to, że mam 5 rozświetlaczy, 13 różów (róży?) do powiek i 11 bronzerów. Ile produktów macie w swoich zbiorach? 

                                                                  Buziaki, 
                                 Gosia

wtorek, 4 marca 2014

Lutowy Projekt Denko

Wow, nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem ale jestem pod wrażeniem tego co udało mi się zdenkować w lutym. Nie przywiązywałam do tego zbyt wielkiej wagi a prawie codziennie coś lądowało w denkowym worku. Wydaje mi się, że im mniej przejmuję denkowaniem tym więcej mam pustaków ;-)  chyba trochę się zakręciłam więc przejdę do zaprezentowania lutowych denek.


Prawda, że jest tego sporo? A na pewno o wiele więcej niż w zeszłym miesiącu.



Chyba już wspominałam, że w Irlandii jest bardzo mały wybór płynów micelarnych dlatego kiedy na sklepowej półce wypatrzyłam Skin Perfection 3in1 Puryfing Micellar Solution z L'Oreal wzięłam od razu dwie butelki. Na razie zostanę przy tym micelu, świetnie zmywa makijaż, nie podrażna i jest tani jak barszcz. Co prawda chcialabym jeszcze przetestować płyn z Garnier ale nigdzie nie mogę go znaleźć. Coraz bardziej skłaniam się ku stwierdzeniu, że Soap&Glory może poszczycić się tylko produktami do ciała. Mleczko do mycia twarzy Peaches&Clean to niemały niewypał. Ani nie zmywało dobrze ani nie okazało się wydajne bo kiedy w opakowaniu zostało 1/4 mleczka, pompka odmówiła współpracy. Kaplica, kaput i do worka z pustakami. Spray misty for me z anatomicals dostałam w wakacje w Glossybox. Używałam tego sprayu jako tonik, odświeżał i przyjemnie pachniał.

Chyba nie mam już w zapasach żadnego żelu pod prysznic Original Source, i dobrze bo te żele już mi zbrzydły. Miętowa wersja była bardzo rześka i umilała mi prysznice jednak nadal twierdzę, że te żele są bardzio przereklamowane. Lakier do włosów Pantene Pro-V służył mi bardzo długo ale jak najbardziej go polubiłam. Utwardzał fryzurę bez efektu hełmu. Zmywacz do paznokci Byphasse zachowywał się po prostu jak zmywacz ;-) w zamian używam teraz zmywacza Sally Hansen.

Udało mi się też zużyć miniaturkę Tonique Douceur z Lancome, który okazał się być całkiem całkiem. Mam coraz większą ochotę na poznanie pielęgnacji tej firmy. Mleczko Galateis Douceur nie do końca przypadło mi do gustu ale tylko dlatego, że taka konsystencja nie jest moją ulubioną. LUSHowe opakowania kryły w sobie dwie maseczki do twarzy Ayesha i BB Seaweed, bodajże obie na bazie glinki. Zużycie ich zajęło mi sporo czasu i nadal nie wiem co o nich myśleć. 



Aaa, kolorówka! Wychodzę z założenia, że kolorowe kosmetyki nie są do zużywania a do używania ale nadal cieszę się kiedy uda mi się coś zużyć. Tusz do rzęs the Colossal Volume Express z Maybelline świetnie podkreślał rzęsy nadając im nie tylko objętości ale i długości. Nie przepadam za drogeryjnymi tuszami do rzęs ale już byłam skłonna kupić go ponownie kiedy ... wysechł na wiór zaledwie po dwóch tygodniach. Szkoda. Puder do twarzy Mineralize Skinfinish Natural z MAC to juz moje drugie opakowanie, które zużyłam. To mój ulubieniec ale chyba potrzebuję czegoś nowego i świeżego więc raczej go nie kupię ponownie przez najbliższych kilka miesięcy. Eyeliner w płynie no name kupiony jakiś czas na eBay to istna porażka. Po wyschnięciu można było go odklejać niczym kawałki kleju. Kolejny tusz do rzęs Hypnose z Lancome pokazywałam już jakiś czas na blogu (linka nie będzie bo nie ogarniam linkowania na tablecie;)). Cudownie podkreślał rzęsy ale uwielbiam testować nowe tusze więc ten już się u mnie nie pojawi. Recenzja pomadki do ust Corralize me! z Essence była jedną z pierwszych, które pojawiły się u mnie na blogu. Potem kolor jak i sama pomadka mi zbrzydły a ja trzymałam jà chyba tylko z sentymentu. Jednak nadeszła pora na pozbycie się śmieci.


Serum do twarzy Idealia z Vichy pojawia się w denkowcach już któryś raz z kolei. Jednak nadal nie zmieniłam zdania co do tego specyfiku. Po kilkunastu minutach od nałożenia roluje sie na twarzy i zostawia na niej wiórki. Miniatura kremu do twarzy Yin Yang naprawdę mnie zachwyciła bo cudownie nawilżał twarz. Jednak nie pokuszę się o zakup pełnowymiarowego kosmetyku bo jego mała dostępność mnie do tego nie zachęca. Punktowy żel na pryszcze Normaderm Hyaluspot,też z Vichy okazał się u mnie niewypałem. Moja siostra była nim zachwycona, zresztą napisala u mnie jego recenzję, a umnie zupełnie się nie sprawdził. Nie robił nic. I 'starter kit' Dermablend, znowu z Vichy, wyrzucam bo kolory są baaardzo ciemne więc za nic nie uda mi się go nawet liznąć.

To wszystko w tym miesiącu - sporo, prawda? Jestem ciekawa czy znacie moich denkowców i czy podzielacie moje zdanie o nich? Jak Wasze denka w lutym? 

                                                                                  Buziaki, 
                                                                               Gosia

sobota, 8 lutego 2014

Lancome LE French Ballerine - róż do policzków

Jakiś tydzień temu zasypałam Was zdjęciami jednego z moich styczniowych nabytków, o tu KLIK.  Chodzi o róż do policzków z wiosennej, limitowanej edycji Lancome - French Ballerine. Opakowania z tej limitki są urocze, słodkie i dziewczęce czyli takie jakie lubię więc nic dziwnego, że na coś się skusiłam. Róż z tej kolekcji występuje w tylko jednym odcieniu - 01 French Ballerine. Podobno lustrzane opakowanie ma przypominać lustra w sali ćwiczeń.



Przyznam, że miałam nadzieję, że ten róż będzie jakoś pachniał a tu smuteczek bo nie pachnie ani trochę. Róż jest bardzo drobno zmielony i odrobinę pyli się przy maźnięciu pędzlem. Niemniej, świetnie się nakłada i wtapia w skórę twarzy zostawiając ją z delikatnym i bardzo naturalnym rumieńcem. Rozświetla i rozpromienia.
Nie można zrobić sobie nim krzywdy, rozprowadza się jednolicie nie tworzy żadnych plam i nawet dokładając kolejne warstwy nie ma opcji, że będę wyglądać jak Matrioszka.


Nie jest to też żaden intensywny kolor. Róż Lancome ma ciepły, cukierkowy, nieco landrynkowy ale jednak w miarę przygaszony kolor. Nie wiem czy mam coś podobnego w swojej kolekcji, może jedynie Overexposed z paletki UD Shattered Face jest trochę do niego podobny. Mogłam pokusić się o małe zestawienie, może kiedyś.

Mimo swojej delikatności na twarzy trzyma się od makijażu do demakijażu co w moim przypadku zazwyczaj oznacza ok. 10 godzin.

Za 8g opakowanie zapłacimy 225zł.

Podoba Wam się ten róż? Mimo tego, że kolor jest śliczny, subtelny i bardzo dziewczęcy nadal jestem bardziej oczarowana opakowaniem niż zawartością ;)

                                                                                                            Buziaki,
                                                                                                  Gosia

poniedziałek, 3 lutego 2014

Styczniowe nowości kosmetyczne

W ostatnim poście podzieliłam się z Wami moimi zużyciami ze stycznia. Wspomniałam też, że z zakupami było kiepsko, nie upolowałam zbyt wielu kosmetyków bo skupiłam się na wyposażeniu szafy. Zresztą poświęciłam temu osobny i bardzo długi post, o tu KLIK. Ostatnio wspisałam na listę chciejstw kilka produktów, ale o tym opowiem Wam kiedy indziej. Jak przedstawiają się styczniowe nowości?


Skromnie ale chyba dość konkretnie, prawda?


Po niezbyt owocnej znajomości z różem tej firmy KLIK, postanowiłam dać NARSowi drugą szansę i kliknęły mi się dwa kosmetyki, które chciałam przetestować. Pierwszy to błyszczyk do ust w odcieniu Turkish Delight. Podobno to ulubiony błyszczyk Kim Kardashian, tyłek jak ona już mam - może i usta będziemy mieć podobne? Drugi produkt to korektor Radiant Creamy Concealer - jeszcze nieśmigany, mam nadzieję, że trafiłam z odcieniem (najjaśniejszy) i będzie się nam miło współpracować.



Kontynuuję zapełnienie mojej nowej MACowej paletki więc wskoczył do niej kolejny cień do powiek w odcieniu Dazzlelight. Bo cieni do rozświetlenia nigdy za wiele ;) No i oczywiście sławny i pożądany przez wielu pędzelek do blendowania, numerek 217. Już po pierwszym użyciu zrozumiałam dlaczego jest tak uwielbiany i wiem, że będę chciała powiększyć moją skromną kolekcję MACowych pędzli.


Róż do twarzy od Lancome pokazałam Wam kilka dni temu - nadal leży nieruszony ale powoli zbieram się do naszego pierwszego razu. I kolejny sławny kosmetyk od MACa rozświetlacz do twarzy w cudownym odcieniu Soft&Gentle. Rozświetlaczy mam w cholerę ale kolejny jeszcze nigdy nikogo nie zabił.


Moja twarz nadal wygląda jak siedem nieszczęść - musiałam sięgnąć po Effeclar Duo. Tego kosmetyku od La Roche-Posay nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Stwierdziłam, że chyba będę potrzebowała czegoś mocno nawilżającego więc zaopatrzyłam się też w Hydreane Riche. Użyłam go narazie kilka razy ale jest moc.


Mój Moroccanoil jest już na wykończeniu a prawie rok temu czytałam o jego tańszym zamienniku, który móżna kupić w Aldi. Do tej pory nie mogłam go nigdzie znaleźć, dopiero kilka dni temu dorwałam Miracle Oil. Wygląda identycznie jak Moroccanoil ale ma trochę inną konsystencję i zapach. Kosztował jednak tylko 3 euro ;) więc żal było nie wziąć.

To wszystko w tym miesięcu :) mówiłam, że nie ma tego dużo. Znacie te kosmetyki? Co o nich sądzicie? O czym chciałybyście najpierw przeczytać?

                                                                                                         Buziaki, 
                                                                                                   Gosia

czwartek, 30 stycznia 2014

Poznajmy się! Lancome LE French Ballerine - Blush Highlighter

Nie wierzę, że nie pokazałam Wam mojego najnowszego nabytku! Co prawda zdjęcie pojawi się też w zbiorowym poście ale to coś jest tak piękne, że muszę poświęcić mu oddzielny post. Mowa tu o cudeńku z limitowanej edycji French Ballerine od Lancome - Blush Highlighter. 



Opakowanie jest słodko dziewczęce, prawda? Środek też jest przeuroczy, delikatny róż, który pasuje chyba do każdej cery. Mój egzemplarz jest jeszcze nieśmigany - boję się go naruszyć dlatego jedynie wyjmuję go co jakiś czas z pudełka i patrzę ;)







Myślę, że za kilka dni podejdę do tego różu z pędzlem i zobaczymy jak sprawuje się na licu. Do tego czasu zostawiam Was z jego zdjęciami.

Wpadł Wam w oko ten pan? Też jesteście zauroczone jego opakowaniem?

                                                                                                                   Buziaki, 
                                                                                                               Gosia

środa, 22 stycznia 2014

Lancome Hypnose - pogrubiający tusz do rzęs

Jestem uzależniona od tuszów do rzęs - kupuję nowy prawie raz w miesiącu co nie znaczy, że wszystkie używam. Nie, grzecznie czekają na swoją kolej w koszyczku a ja lubię mieć ich zapas. W październiku nadeszła kolej na tusz, o którym dużo słyszałam i który zawsze chciałam wypróbować. Dostałam go w prezencie od siostry, chyba czyta mi w myślach ;)
Mowa tu o pogrubiającym tuszu do rzęs Hypnose od Lancome. 


Używam tylko czarnych maskar, dlatego ta jest w odcieniu 01 Noir Hypnotic. Czy ta czerń jest hypnotyczna? Oczywiście!



Opakowanie jest bardzo eleganckie i klasyczne ale chyba nie ma co się rozpisywać o opakowaniu, najważniejsze jest to, co w środku. Szczoteczka nie jest w żaden sposób wymyślna ale łatwo się nią operuje, jest dobrze wyprofilowana i dociera do każdej rzęsy. Trzonek szczoteczki jest ergonomiczny, łatwo leży w dłoni. Nie wiem czy to tubki czy szczoteczki ale na szczoteczce zbiera się za dużo produktu.


Wstyd się tak pokazywać ale tylko zdjęcie z dzióbkiem dobrze oddaje efekt jaki daje maskara. Co prawda trochę się spóźniłam ze zdjęciami, po czterech miesiącach tusz delikatnie skleja rzęsy.

Czerń Hypnose to głęboka czerń, która nadaje głębi spojrzeniu. Ten tusz naprawdę pogrubia i wydłuża rzęsy. Noszony przez cały dzień nie kruszy się ani nie osypuje - co prawda czasami trochę się kseruje pod brwiami ale zrzucam to na karb wydłużenia rzęs, no i tego, że sam tusz, nawet po czterech miesiącach, jest dość mokry. Nie mam z nim żadnego problemu przy demakijażu, jest łatwy do zmycia micelem.
Zazwyczaj nakładam dwie warstwy tuszu i efekt jaki daje w zupełności mnie zadowala. Rzęsy są wyraźnie podkreślone ale nadal wyglądają bardzo naturalnie.

Jeżeli chcecie uzyskać efekt uniesionych, wydłużonych i podkreślonych rzęs, który trwa cały dzień to Lancome Hypnose jest zdecydowanie dla Was. Minus tego tuszu? Jego cena bo kosztuje 145zł. 
Znacie ten tusz do rzęs? Jaka maskara jest Waszą ulubioną?

                                                                                                       Buziaki, 
                                                                                                           Gosia


wtorek, 5 listopada 2013

Żegnam październik - Projekt Denko

Czas pędzi jak szalony i tylko zapełniająca się torebka z pustymi opakowaniami przypomina mi, że zbliża się koniec miesiąca. Jestem z siebie dumna bo w październiku zużyłam więcej aniżeli kupiłam. Oddałam też kilka kosmetyków siostrze i mój pokój nie przypomina już hurtowni kosmetyków. Nawet będąc na zakupach nie mam zbyt wielu chciejstw i nie wracam do domu z pełnymi torbami. Podejrzewam, że wpadłam w zimowy zakupowy letarg i ta sytuacja nie potrwa długo. W dodatku pogoda nie nastraja optymistycznie, ciemne pochmurne dni sprawiają, że muszę się kombinować ze zdjęciami. Eksperymenty wychodzą średnio i najbliższe dni spędzę na kolejnych testach. Coś musi z tego wyjść!
Ale nie będę już przedłużać, co pożegnałam w październiku?


Jak widać królowały masła do ciała :D Najgorsze, że w kolejce do zużycia jest ich więcej a ja mam okropnego lenia w tyłku kiedy przychodzi do smarowania się. Też tak macie? Tak jak zawsze podzieliłam wyrzutki na mniejsze grupy.


Twarzowo sytuacja prezentuje się tak. Olay Total 7 Effects krem i podkład 2w1. Najjaśniejszy odcień nadał był dla mnie zbyt ciemny i używałam go tylko w lato. Gdyby tylko był trochę jaśniejszy byłby produktem idealnym. Złoty scrub do twarzy Organic Therapy o którym pisałam tu KLIK. Ulubieniec pod względem zdzierającym, chcę więcej! Woda micelarna Bourjois, no nie ogarniam zachwytów nad tym produktem. Jasne, robi to co ma robić ale nie będę śpiewać jej hymnów pochwalnych. Ja chyba w ogólnie nie należę do obozu miłośników płynów micelarnych. A może nie potrafię ich tylko docenić? Tonik do twarzy LUSH o którym pisałam tu KLIK. Miałam małe załamanie nerwowe kiedy się skończył. Niestety narazie nie planuję zakupów LUSHowych i muszę zadowolić się innymi tonikami. Na koniec zostawiłam, żel do powiek FlosLek. Pisałam Wam o naszej niemiłej przygodzie tu KLIK. Zrobiłam potem mały eksperyment i nałożony na niepodrażnioną skórę znowu zaserwował mi niemiłe pieczenie. Wyrzucam bez żalu. Zdecydowałam się nawet na pisać do FlosLeku i opisać im moją historię, grzecznie zapytałam co mogło mnie uczulić. Odpowiedzi nie doczekałam się do dzisiaj, Trudno, płakać nie będę. Inwestować w kosmetyki tej firmy też nie.


Masło do ciała Au Lait The Scottish Fine Soap. Kosmetyki tej firmy lubię przede wszystkim za zapach. To masełko nawilżało i sprawiało, że skóra była jedwabiście gładka i przyjemna w dotyku. Grejprfutowe masło The Body Shop polubiłam za zapach. Narazie nie mam jednak zamiaru kupować kolejnego produktu tego typu z TBS. Produktów tego typu mam w zapasie na kolejny rok z górką. Nivea jak Nivea. Smarowałam tym kremem łokcie i kolana przed nałożeniem samoopalacza. Dawał radę ale szału nie było. Kolejne masło do ciała tym razem z Ziaji, uwiodło mnie swoją treściwością i rześkim zapachem.


Żel pod prysznic Radox bardzo mnie rozczarował. W opakowaniu pachniał dojrzałą soczystą wiśnią a pod prysznicem zamieniał się w chemiczny smrodek. W dodatku był bardzo lejący i wydajność bardzo zmalała. Niestety mam w zapasach jeszcze jeden egzemplarz. Mgiełka do ciała Mist you madly od Soap&Glory pachniała ładnie ale tylko w małych ilościach przez co towarzyszyła mi przez ponad dwa lata. Chyba do niej nie wrócę. Peelingowe skarpetki do stóp Holika Holika o których pisałam tu KLIK. Drugie i na pewno nie ostatnie opakowanie. Robi z moimi stopami cuda i kosztuje grosze. Czego chcieć więcej?


Kurczę, na laptopie to zdjęcie wygląda normalnie. Dlaczego Blogger sprawił, że wygląda jak zrobione kalkulatorem? Ostatnie już opakowanie tabletek na skórę, włosy i paznokcie. Tabletki w niczym nie pomogły i zaczęłam pić drożdże. O dziwo mi smakują i piję je z przyjemnością.Olejek do włosów z dodatkiem oleju arganowego to moje małe odkrycie. Ma lepszy skład od MoroccanOil i nie kosztuje fortuny. Polecam!


Pożegnałam się też z tuszem do rzęs MAC Haute&Naughty. O nim napiszę oddzielną recenzję bo uważam go za kosmetyk warty uwagi i bardzo się z nim polubiłam. Nadszedł też koniec dla kolejnego MACowego produktu czyli Penultimate Eyeliner. O nim pisałam już w zeszłym roku o tu KLIK Lubiłam go ale już do niego nie wrócę. Lakier do paznokci Essence zgęstniał okropnie i tak zakończył swój marny żywot.


Miniaturka płynu do demakijażu Bi-Facil Lancome okazała się całkiem przyjemna w użytku i chyba pokuszę się o pełnowymiarowy produkt. Kojąco nawilżający balsam Dr.Lipp zgodnie z radą Zoily, miałam zamiar użyć do zabezpieczania końcówek włosów. Zwątpiłam jednak kiedy zobaczyłam jak bardzo jest gęsty i tępy. Wysmarowałam nim jedną stopę bo tylko na tyle mi starczyło. Glinka do twarzy Monu to bardzo fajny produkt ale opakowanie nie pozwoliło mi na wydobycie sporej części zawartości. Maseczka peel off Montagne Jeunesse to jeden z moich ulubieńców z tej firmy. Oczyszcza i relaksuje. Próbeczka serum do twarzy Idealia od Vichy to jeden wielki niewypał i na twarzy miałam mało twarzowe wiórki produktu.

Niech mi ktoś powie dlaczego te zdjęcia są tak dziadowe pod względem jakości? Z denkowców to wszystko, chyba jest dobrze? Jak Wasze denka? 

                                                                                                                         Buziaki,
                                                                                                                           Gosia

środa, 4 września 2013

Prezenty, prezenciki, zakupy. Kosmetyczne nowości sierpnia + Lans YT


Nareszcie wrzesień! O ile jeszcze rok temu nie wzdychałabym z taką ulgą o tyle teraz cieszę się, że najgorętszy okres roku się skończył a ja mogę powrócić do w miarę regularnego blogowania. Mam masę zaległych recenzji kosmetyków z którymi chcę z Wami podzielić, w kajeciku zapisane mam dziesiątki pomysłów na posty, muszę teraz tylko spiąć pośladki i zacząć ogarniać moje wirtualne życie. 
Tradycją są już u mnie posty z denkami jak i nowościami na początku każdego miesiąca. Nie mogło być inaczej i teraz i przedstawiam Wam moje kosmetyczne łupy sierpnia.

 W część zaopatrzyłam się sama, część została zasponsorowana przez moją najulubieńszą siostrę ;), która wybyła na wojaże po Hiszpanii w zeszłym miesiącu. 

Maska do włosów z Garnier Fructis została przez Kasię wybrana na chybił trafił bo jej znajomość hiszpańskiego jest stanowczo znikoma. Ja nie jestem o wiele lepsza ale z tego co pamiętam z lekcji języka z zeszłego roku, maska jest bardziej wygładzająca niż nawilżająca . Skład ma fajny (widziałam dużo cośtam oil, razem z kolejny oil). Mam spore zapasy masek i maseł do włosów także będzie czekać na swoją kolej. Mam też kolejną porcję Soap&Glory a mianowicie ichni szampon i odżywkę Glad Hair Day, których zapach zwala z nóg: owocowy, słodki, nieco landrynkowy a szata graficzna opakowań jest taaaak dziewczęca. Wiadomo - lubię róż. 



Były włosy, pora na pielęgnację ciała. Znowu mamy przewagę Soap&Glory, Sit Tight Intense XS to żel rozgrzewająco chłodzący (taka sytuacja), który ma nam napiąć to i owo. Masażer roller występujący z tym żelem sprawia, że korzystanie z tego pana jest samą przyjemnością. Flake Away to peeling, podobno tylko do nóg, który zagościł również w nowościach lipca. Recenzja będzie niedługo. Butter Yourself to, jak sama nazwa wskazuje, masło do ciała. Pachnie super owocowo ale czeka w kolejce na użycie. Mam tu też i The Body Shop, i kolejne masełko do ciała o zapachu mango. Nie wiem czy Kasia strzelała czy naprawdę wie, że lubię takie zapachy. Tak, tak, pachnie jak dorodne, prawdziwe mango. Rękawica do peelingu z TBS to coś na co patrzę z lekkim przymrużeniem oka, bo nie widzę w czym miałaby być lepsza od tych tańszych rękawic.

Na to zdjęcie patrzę trochę załamana bo paznokcie mam króciutkie, niestety złamały mi się dwa paznokcie i konieczne było ścięcie wszystkich. A nie lubię malować moich maciupeńkich paznokci. Może się przełamię. Niemniej, mam tu prawdziwego żółtka Limon Claro od Springfield Cosmetics, przywiezionego z Hiszpanii. Prawdziwy słoneczny kolor, który mam nadzieję będzie mi rozjaśniał bure dni. Trzy Essie to mój zakup - poczułam potrzebę powiększenia mojej kolekcji. Skusiłam się na Watermelon, Adore-a-ball i Russian Roulette. Wszystkie czekają aż choć trochę odrosną mi paznokcie. Utwardzający top coat Sally Hansen to mój must have. Zaraz obok czerwonego Essie powinien być kolejny żółciak ale trochę już przygaszony i z delikatnym shimmerem w odcieniu Go bananas. Chyba po wyschnięciu pachnie nawet jak banany. Niestety to nie mój kolor. O, nie zapomnijmy o tym zgniłozielono-niebieskim lakierze Sidewalk od RARE Nails, według siostry szafy tej firmy w drogeriach były imponujących rozmiarów.
Zatrzymajmy się przy kolorówce naocznej - tu sama kupiłam tylko jedną rzecz: cień w kremie Maybelline w odcieniu Turquoise Forever. Śliczny, prześliczny! Idealny do brązowych oczu, nawet jeżeli to tylko moje zdanie ;) Kasia postanowiła mnie rozpieścić tuszem do rzęs Lancome, który zawsze mi gdzieś tam chodził po głowie. W końcu będę mogła go przetestować! I oczywiście, wyśniona i wymarzona paletka cieni Naked 2 od Urban Decay. Żyć nie umierać! Wykonałam już nią kilka makijaży i jestem nią zachwycona.

Przejdźmy do ostatniej części, kolorówki twarzowej. Po pierwsze podkład do twarzy Double Wear od Estee Lauder. Zakupiony przez Internet a zakup porzedziły długie godziny w poszukiwaniu odcienia dla mnie. Padło na Shell, mam nadzieję, że dobrze trafiłam. Musiałam w końcu połozyć ręce na tym kultowym produkcie. Brązująca baza Chanel to również prezent dla mnie ode mnie. Baza Bourjois mnie zaskoczyła pozytywnie ale to jednak nie było to, i brakowało mi tej wisieńki na torcie. Chyba znalazłam ją właśnie u Chanel. Pozostał mi teraz tylko kolejny prezent od mojej małej siostrzyczki, która musiała czytać w moich myślach bo o pędzlach Real Techniques marzyłam od dawna. Szykowałam się już do zakupu ale nie mogłam się zdecydować na żaden konkretny pędzel. Kasia zadecydowała za mnie i mam zestaw pędzli do twarzy :) Buzi, buzi K.! :*
Na dole dojrzycie też hiszpańską maseczkę do twarzy, jej brat mnie nie porwał kilka dni temu ale może cytrusowa wersja sprawdzi się trochę lepiej.

Gdyby ktoś miał ochotę na obejrzenie filmiku z tymi nowościami zapraszam TU KLIK TĘCZA I NOSOROŻCE KLIK

Recenzja którego z tych produktów powinna pojawić się pierwsza na blogu? Jakie macie doświadczenia z tymi kosmetykami? Może zainwestowałyśmy w jakieś buble?

                                                                                    Buziaki,
                                                                                 
 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...