Wszystko zaczęło się ponad rok temu, kiedy moje spierzchnięte usta potrzebowały pomocy. Zupełnie nie wiedziałam po co sięgnąć aż pod rękę nawinął mi się Carmex. Użyłam go wtedy raz, jego mocny mentolowy zapach i mrowienie na ustach mocno mnie do siebie zniechęciły. I tak ten żółty balsam do ust leżał przez kilka miesięcy w koszyczku 'na potem'.
Po tym czasie postanowiłam dać mu drugą szansę. O dziwo, zapach, który na początku wcale mi się nie podobał teraz nie wydawał się aż tak zły. I tak ja i Carmex żyliśmy sobie w symbiozie, moje usta były gładkie i odżywione. Mrowienie też wydawało mi się dosyć przyjemne więc pomyślałam, że złapałam panią Kicię za łapę.
Po dwóch tygodniach codziennego stosowania zauważyłam, że Carmex nie robi nic dobrego dla moich ust. Co gorsza, wydawało mi się, że po jego użycia usta są lekko przesuszone i ściągnięte. Smarowanie nim ust nie jest ani trochę przyjemne, a wręcz to istna katorga.
I tak znowu leży w koszyczku 'na potem', może za jakiś czas znowu po niego sięgnę ale bez większego zapału. Jestem trochę rozczarowana tą legendą bo spodziewałam się lepszych efektów współpracy.
Co sądzicie o tych balsamach? Jesteście na tak?
Buziaki,