wtorek, 2 września 2014

Sierpniowe Zużycia Kosmetyczne

Wrzesień od malenkości kojarzył mi się ze zbieraniem jarzębiny, robieniem kasztanowych ludzików i pierwszym dniem w szkole, którą, o dziwo, bardzo lubiłam. Potem po przeprowadzce do Irlandii ta jesienna aura gdzieś się zgubiła i wrzesień teraz niczym się nie wyróżnia dlatego przywitałam go z głośnym 'meh'. Sierpień był owocny w zużycia, wszystko poszło jakoś tak lekko, bez żadnej spiny. 



O Let the Good Times Roll z Lush pisałam już ponad rok temu. To mój ulubiony czyścik do twarzy i szczerze cieszę się, że można go teraz kupić przez cały rok. Płyn micelarny z Biodermy okazał się taki sobie, bez szału. Wolę Garniera. Miniaturka kremu Clinique to kolejny niewypał ale o tym już pisałam przy okazji 3 kroków.


Mgiełka do ciała Balea towarzyszyła mi w ciepłe dni, otaczając mnie słodkim, orzeźwiającym zapachem. Dezodorant Dove jak dezodorant, robił to co trzeba. 


W sierpniu odniosłam mały sukces bo udało mi się zużyć sporo, jak na mnie, kolorówki. Korektor w pisaku Golden Rose zużyłam w kilka miesięcy, tak bardzo go polubiłam, że stosowałam codziennie, również do konturowania.  Błyszczyk MAC w odcieniu Narcissus pochodzi z limitki Tropical Taboo. Piękny odcień, od którego byłam uzależniona. Tusz do rzęs sygnowany nazwiskiem Kate Moss z Rimmel to wielka klapa. Ogromna, nieporęczna szczota i bardzo mokra konsystencja przemawiają na jego niekorzyść. Tusz kupiłam w maju i nadal jest okropnie mokry, ścieka z rzęs, odbija się o górną powiękę i daje okropny efekt. Miniatura kremu BB z Ginvera to istny cud, miód i orzeszki. Pewnie sięgnę po pełnowymiarowe opakowanie w przyszłe wakacje.


Miniaturka toniku z Yonka zaskakująco miał przyjemny, ziołowy zapach. W zapasach mam sporo tych produków więc mimo wszystko nie będę szukać pełnowymiarowego opakowania. Kolejna miniaturka, tym razem Effeclar duo z La Roche Posay, chyba nie muszę go nikomu przedstawiać. Nie potrafiłam zużyć mleczka do twarzy i do ciała z Ying Yang Cosmetics bo jego lejąca konsystencja jakoś mnie obrzydzała.


Maska do włosów firmy bezimiennej była całkiem fajna, chociaż odrobinę obciążyła mi włosy. Maseczka do twarzy Montagne Jeunesse, która przyleciała do mnie wraz z Chic Treat Club pozwoliła mi na chwilę relaksu, zostawiając miękką i przyjemną cerę. 

Musicie przyznać, że całkiem dobrze mi poszło w sierpniu ;-) 

środa, 27 sierpnia 2014

Sierpniowy Chic Treat Club

Koniec miesiąca oznacza kilka rzeczy. Jedną z nich jest dostawa najświeższego pudełka z kosmetykami. Niestety, Powderpocket, który przedstawiałam przez ostatnich kilka miesięcy zwinął manatki i została mi subskrypcja Chic Treat Club. O tym pudełku pisałam już w zeszłym miesiącu a jeg zawartość bardzo przypadła mi do gustu dlatego zdecydowałam się kontynuować subskrypcję. Wczoraj kurier dostarczył mi sierpniowe pudełko w którym znalazłam cztery pełnowymiarowe produkty, jedną saszetkę i dwie spore miniatury. 







Brazylisjkie błoto, awokado i owoce acai schowały się w maseczce z Montagne Jeunesse. Niby maseczek nigdy za mało a jednak większość z nich leży bezużytecznie w koszyczku. Podejrzewam, że za jakiś czas po nią sięgnę bo letnie ekscesy sprawiły, że moja skóra potrzebuje trochę miłości i opieki. Maseczka warta jest 1.99 euro.



Dwie miniatury z Thalgo - 30ml żel pod prysznic warty 4.50 euro i mleczko do ciała warte 7.80 euro. Pachną ... naprawdę morsko. Nie wiem czy mleczko przypadnie mi do gustu bo nie do końca lubię takie konsystencje. Wolałabym, co prawda, inne produkty z oferty tej firmy ale nie jest to coś czego nie wykorzystam.



Glimmer Glow od Kubiss London, podejrzewam, że warty jedynie 2-3 euro, to rozświetlający bronzer. Jakoś tak to nie moja bajka, zbyt wiele drobin, za duże rozświetlenie. Chyba oddam w lepsze ręce.



Według ekipy Chic Treat Club, pędzle do makijażu Beter będą miały swoją premierę dopiero we wrześniu. Nie wiem jak z tym jest bo jeden pędzel kupiłam już na fajnej promocji w lipcu ;-) przy okazji, pędzelek do brwi jest świetny, jeżeli macie do nich dostęp - polecam. W pudełku dostałam pędzel do wszystkiego, warty 16.99 euro. Pomiziałam się nim po twarzy, jest miękki i bardzo przyjemny w dotyku.  Prawdopodobnie będę go używała do pudru. 



Ostatni produkt z tego pudełka to base i top coat w jednym od Kiss, warty 5 euro. Wolalałabym coś innego, jak np. nawilżający balsam do skórek co nie znaczy, że nie wypróbuję tego produktu. 

Za pudełko zapłaciłam 15euro, jego wartość wynosi niecałe 40 euro. Czy jestem z niego zadowolona? I tak i nie. Mam za to nadzieję, że wrześniowe pudełko okaże się trochę lepsze. 

niedziela, 5 stycznia 2014

Grudniowe denko

Tak źle chyba jeszcze nigdy ze mną nie było - nie dość, że czasu mam jak na lekarstwo to padł mi laptop. Co prawda naprawiony ale nie widzi moich zdjęć przez co muszę kombinować z siostrzanym sprzętem przez co zabiera mi to jeszcze więcej czasu. Taki chichot losu na Nowy Rok.
Jako, że w grudniu miałam mało czasu na blogowanie to i denkowanie szło mi jak krew z nosa (zakupy jednak poszły trochę lepiej, hue hue).
Z góry przepraszam za zdjęcia, robione na szybko, bez ładu i składy byle udokumentować moje zużycia. To jak było w zeszłym miesiącu?


Jak kota kocham, że do Wigilii w denkowej torbie miałam zaledwie dwie rzeczy i już myślalam, że w tym miesiącu denka nie będzie a potem okazało się, że wszystko się kończy :)


Olejek do demakijażu L'oreal miał być odkryciem roku, tańszą wersją olejku DHC a na twarzy zrobił mi jesień średniowiecza. Dojście do tego, że to ten pan robi mi kuku zajęło mi dłuższą chwilę przez co nadal wyglądam jak dojrzewająca nastolatka. Olejek zużyłam do mycia gąbeczki RT do czego świetnie się nadał. Tri-Activ Cleanser od Vichy używałam jedynie jako żel do mycia buzi i bardzo przyjemnie mnie zaskoczył. Świetnie oczyszczał a przy okazji zapewniał mały peeling twarzy. Nie wykluczam, że skuszę się kiedyś na jego pełnowymiarową wersję. Żel peeling do mycia twarzy Synergen jak na moje to nawet koło peelingu nie stał ;) ale jako żel sprawdził sie całkiem całkiem. Dobrze mył twarz, nie podrażniał, nie wysuszał a nie oczekuję niczego więcej od żelu do mycia twarzy.


Rozświetlający krem Idealia od Vichy starczył mi na jedno użycie gdyż iż ponieważ tylko tyle udało mi się wycisnąć z prawie pustej tubki. To dla mnie za mało, żeby cokolwiek powiedzieć o tym kremie, oprócz tego, że ładnie pachniał i dobrze rozprowadzał się na twarzy. Nawilżający krem do twarzy Arad miał być taki wow, napakowany samymi dobrociami, bez parabenów i innych takich, których większość się wystrzega a które mi wiszą ;) miał okropnie duszący zapach i zostawiał tlusty film na twarzy. Z czasem zaczęłam używac go do łydek co uświadomiło mi, że lepiej natłuszcza niż nawilża. Smuteczek.


Masło do włosów The Body Shop, jakby to powiedzieć, trochę się nie sprawdziło. Ani nie zauważyłam nawilżenia włosów ani nie pachniał jakoś super świetnie a tak bardziej naturalnie. Co prawda włosy były odrobinę bardziej miękkie ale spodziewałam się cudów po tak ciekawym składzie. Suchego szamponu Batiste chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Ta wersja do włosów blond to mój hit wszechczasów tylko, niestety, nie jest wszędzie dostępna.


Tusz do rzęs Cats Wink kupilam na eBay bo podobało mi się kocie opakowanie. Tusz użyłam tylko kilka razy bo a) nie wiem co jest w środku b) okropnie oblepiał rzęsy c) zmywanie go to istny koszmar. Błyszczyk do ust Essence znalazłam w kieszenie płaszcza, którego nie nosiłam od conajmniej półtora roku. Niestety nie pamiętam czy się lubiliśmy ale nie przypominam sobie żebym za nim płakała kiedy się zawieruszył.


Plasterek oczyszczający pory Montagne Jeunesse podkradłam siostrze i z dziwną przyjemnością oglądałam te wągry które wyciagnął ze skóry nosa. Muszę sie zaopatrzyć w dużą ilość tego cuda bo naprawdę działa a pewnie kosztuje grosze. Krem do rąk Herbacin leżał w koszyczku przy moim łóżku chyba od roku. Po aplikacji musiałam siedzieć jak angielska królowa w bezruchu czekając aż się wchłonie. Nigdy więcej!

To wszystko w tym miesiącu - znacie moich denkowców? Jak poszło Wam zużywanie w grudniu?

                                                                                                    Buziaki,
                                                                                                          Gosia

sobota, 7 grudnia 2013

Listopadowy Projekt Denko

Ostatnio trochę mnie mniej w blogosferze. Przybyło mi trochę nowych obowiązkowych przez co nie mam już tyle czasu co do tej pory na blogowanie. Okropnie mi z tego powodu przykro ale liczę, że nauczę się lepszej organizacji i wyskrobię odrobinę czasu na lepszą opiekę nad LilOddiette.
W listopadzie nie poszalałam z denkowaniem, zużyłam o wiele mniej niż kupiłam ale pocieszam się, że grudzień będzie dla mnie łaskawszy pod względem denkowania. Oby!


Mówiłam, że jest tego malutko? A skoro grupowe zdjęcie mamy już za sobą przejdźmy do bliższego poznania denkowców.


 Żel pod prysznic Original Source o zapachu cytryny i drzewa herbacianego. Szczerze mówiąc nie potrafię teraz przywołać tego zapachu więc podejrzewam, że nie porwał mojego zmysły powonienia. Już jestem szczerze przekonana, że żele OS nie są dla mnie i nie wiem skąd ten szał na nie. Kolejny żel pod prysznic od Balea. Miała być pomarańcza a był jakiś chemiczny smrodek. Nigdy więcej. I szampon do włosów produkowany dla Superdrug - naprawdę nie wiem dlaczego go kupiłam. Używałam go tylko raz na jakiś czas po okazał się być bardzo oczyszczający, co bym przekłknęła, ale zostawiał mi na głowie okropną szopę.


Baza pod podkład Rimmel zużyłam bo zużyłam ale szału nie było - pozostawiała okropną tłustą powłokę na twarzy. Sztuczne rzęsy Eylure, które dostałam w GB. Były gotowe do przyklejenia ale co z tego skoro kiedy odklejałam je od opakowania pasek kleju na nim został? Nie chciało mi się z tym bawić. Woda w sprayu Balea - woda jak woda. Używałam jej do odświeżenia maseczek.


Błyszczyk MAC, który miałam tak długo, że już nie pamiętam jakie miał wykończenie i kolor  a wszystkie napisy się starły. Bardzo go lubiłam, miał delikatny różowy kolor i nienachalne drobinki. Odżywka do paznokci Eveline. Wiem, że wielu z Was zrobiła krzywdę ale mi pomogła odzyskać zdrowe, twarde i długie paznokcie. Mam nadzieję, że niedługo uda mi się ją dostać na ebay.
Tusz do rzęs GOSH też dostałam w GlossyBox. Miał wydłużać co robił świetnie ale kilka dni temu odkręcając szczoteczkę, trzonek (górna część trzonka?) oderwał się od szczoteczki i ta została w środku. Co było zrobić? Musiałam wyrzucić. Kolejny tusz do rzęs tym razem od L'oreal był moim drogeryjnym ulubieńcem. Miał jednak jedną wadę, tusz gromadził się przy wlocie i zostawał po boku zastygając i tworząc nieestetyczny glucik. Smuteczek.


Balsam pod prysznic Nivea to śmiech na sali i nie wiem dlaczego był na niego taki szał. Serum do twarzy Vichy pachniał bardzo przyjemnie bo cytrusowo. Maseczka do twarzy z serum nawilżającym Montagne Jeunesse to produkt do którego nie wrócę. O ile maseczka mnie zadowoliła o tyle serum, które nałożyłam na twarz po zmyciu maseczki rozczarował. Rano wstałam z cudownymi farfoclami na twarzy. Krem BB Dior, oczywiście koło prawdziwego BB nie stał ale był całkiem miły w użyciu. Na zimę potrzebuję mocniejszego krycia ale zgłębię jeszcze temat tego BB przed nadejściem lata.

To tyle w tym miesiącu :) Znacie któryś z tych kosmetyków? Jak poszło Wam denkowanie w listopadzie?

                                                                                                                              Buziaki,
                                                                                                                                    Gosia

wtorek, 5 listopada 2013

Żegnam październik - Projekt Denko

Czas pędzi jak szalony i tylko zapełniająca się torebka z pustymi opakowaniami przypomina mi, że zbliża się koniec miesiąca. Jestem z siebie dumna bo w październiku zużyłam więcej aniżeli kupiłam. Oddałam też kilka kosmetyków siostrze i mój pokój nie przypomina już hurtowni kosmetyków. Nawet będąc na zakupach nie mam zbyt wielu chciejstw i nie wracam do domu z pełnymi torbami. Podejrzewam, że wpadłam w zimowy zakupowy letarg i ta sytuacja nie potrwa długo. W dodatku pogoda nie nastraja optymistycznie, ciemne pochmurne dni sprawiają, że muszę się kombinować ze zdjęciami. Eksperymenty wychodzą średnio i najbliższe dni spędzę na kolejnych testach. Coś musi z tego wyjść!
Ale nie będę już przedłużać, co pożegnałam w październiku?


Jak widać królowały masła do ciała :D Najgorsze, że w kolejce do zużycia jest ich więcej a ja mam okropnego lenia w tyłku kiedy przychodzi do smarowania się. Też tak macie? Tak jak zawsze podzieliłam wyrzutki na mniejsze grupy.


Twarzowo sytuacja prezentuje się tak. Olay Total 7 Effects krem i podkład 2w1. Najjaśniejszy odcień nadał był dla mnie zbyt ciemny i używałam go tylko w lato. Gdyby tylko był trochę jaśniejszy byłby produktem idealnym. Złoty scrub do twarzy Organic Therapy o którym pisałam tu KLIK. Ulubieniec pod względem zdzierającym, chcę więcej! Woda micelarna Bourjois, no nie ogarniam zachwytów nad tym produktem. Jasne, robi to co ma robić ale nie będę śpiewać jej hymnów pochwalnych. Ja chyba w ogólnie nie należę do obozu miłośników płynów micelarnych. A może nie potrafię ich tylko docenić? Tonik do twarzy LUSH o którym pisałam tu KLIK. Miałam małe załamanie nerwowe kiedy się skończył. Niestety narazie nie planuję zakupów LUSHowych i muszę zadowolić się innymi tonikami. Na koniec zostawiłam, żel do powiek FlosLek. Pisałam Wam o naszej niemiłej przygodzie tu KLIK. Zrobiłam potem mały eksperyment i nałożony na niepodrażnioną skórę znowu zaserwował mi niemiłe pieczenie. Wyrzucam bez żalu. Zdecydowałam się nawet na pisać do FlosLeku i opisać im moją historię, grzecznie zapytałam co mogło mnie uczulić. Odpowiedzi nie doczekałam się do dzisiaj, Trudno, płakać nie będę. Inwestować w kosmetyki tej firmy też nie.


Masło do ciała Au Lait The Scottish Fine Soap. Kosmetyki tej firmy lubię przede wszystkim za zapach. To masełko nawilżało i sprawiało, że skóra była jedwabiście gładka i przyjemna w dotyku. Grejprfutowe masło The Body Shop polubiłam za zapach. Narazie nie mam jednak zamiaru kupować kolejnego produktu tego typu z TBS. Produktów tego typu mam w zapasie na kolejny rok z górką. Nivea jak Nivea. Smarowałam tym kremem łokcie i kolana przed nałożeniem samoopalacza. Dawał radę ale szału nie było. Kolejne masło do ciała tym razem z Ziaji, uwiodło mnie swoją treściwością i rześkim zapachem.


Żel pod prysznic Radox bardzo mnie rozczarował. W opakowaniu pachniał dojrzałą soczystą wiśnią a pod prysznicem zamieniał się w chemiczny smrodek. W dodatku był bardzo lejący i wydajność bardzo zmalała. Niestety mam w zapasach jeszcze jeden egzemplarz. Mgiełka do ciała Mist you madly od Soap&Glory pachniała ładnie ale tylko w małych ilościach przez co towarzyszyła mi przez ponad dwa lata. Chyba do niej nie wrócę. Peelingowe skarpetki do stóp Holika Holika o których pisałam tu KLIK. Drugie i na pewno nie ostatnie opakowanie. Robi z moimi stopami cuda i kosztuje grosze. Czego chcieć więcej?


Kurczę, na laptopie to zdjęcie wygląda normalnie. Dlaczego Blogger sprawił, że wygląda jak zrobione kalkulatorem? Ostatnie już opakowanie tabletek na skórę, włosy i paznokcie. Tabletki w niczym nie pomogły i zaczęłam pić drożdże. O dziwo mi smakują i piję je z przyjemnością.Olejek do włosów z dodatkiem oleju arganowego to moje małe odkrycie. Ma lepszy skład od MoroccanOil i nie kosztuje fortuny. Polecam!


Pożegnałam się też z tuszem do rzęs MAC Haute&Naughty. O nim napiszę oddzielną recenzję bo uważam go za kosmetyk warty uwagi i bardzo się z nim polubiłam. Nadszedł też koniec dla kolejnego MACowego produktu czyli Penultimate Eyeliner. O nim pisałam już w zeszłym roku o tu KLIK Lubiłam go ale już do niego nie wrócę. Lakier do paznokci Essence zgęstniał okropnie i tak zakończył swój marny żywot.


Miniaturka płynu do demakijażu Bi-Facil Lancome okazała się całkiem przyjemna w użytku i chyba pokuszę się o pełnowymiarowy produkt. Kojąco nawilżający balsam Dr.Lipp zgodnie z radą Zoily, miałam zamiar użyć do zabezpieczania końcówek włosów. Zwątpiłam jednak kiedy zobaczyłam jak bardzo jest gęsty i tępy. Wysmarowałam nim jedną stopę bo tylko na tyle mi starczyło. Glinka do twarzy Monu to bardzo fajny produkt ale opakowanie nie pozwoliło mi na wydobycie sporej części zawartości. Maseczka peel off Montagne Jeunesse to jeden z moich ulubieńców z tej firmy. Oczyszcza i relaksuje. Próbeczka serum do twarzy Idealia od Vichy to jeden wielki niewypał i na twarzy miałam mało twarzowe wiórki produktu.

Niech mi ktoś powie dlaczego te zdjęcia są tak dziadowe pod względem jakości? Z denkowców to wszystko, chyba jest dobrze? Jak Wasze denka? 

                                                                                                                         Buziaki,
                                                                                                                           Gosia

wtorek, 1 października 2013

Jak to? Znowu koniec miesiąca? - Wrześniowe denko

Zanim zacznę pisać dyrdymały o denkach, chciałabym Wam bardzo podziękować za tyle miłych słów pod moim włosowym postem! Utwierdziły mnie one w przekonaniu, że to była dobra decyzja i sprawiły, że na twarzy mam wielkiego banana. Wielki buziak dla każdej z Was!

Nie wierzę, że już mamy październik! Wydawało mi się, że moje sierpniowe denka pokazywałam Wam zaledwie kilka dni temu a już musiałam obfocić wrześniowe zużycia. Co więcej byłam przekonana, że dopiero mamy połowę miesiąca. Widać jak często patrzę w kalendarz ;)
Wrześniowe zużycia to moja mała duma, bo zużyłam dużo. Nie będę Was jednak zanudzać i od razu przejdę do wrześniowych bohaterów.


Spora gromadka, co? Żeby było łatwiej podzieliłam opakowania, jak zawsze, na grupy.


Szampon do włosów GreatHair to jak dla mnie wielka porażka. Zresztą pisałam o nim tu KLIK. Zużyłam go do mycia mniej lubianych pędzli bo nie nadawał się do niczego innego. Bardzo żałuję wydanych na niego pieniędzy. Kokosowe duo od Balea czyli szampon i odżywka to zupełne przeciwieństwo szamponu GH. Zakochałam się w zapachu i działaniu ale nie posunę się do sprowadzania tego duetu z Niemiec. Recenzja napisana, czeka tylko na opublikowanie. Szampon do włosów Aussie, nadawał objętości i w dodatku pięknie pachniał, zresztą tak jak wszystkie produkty Aussie. Nie wiem jednak czy jeszcze go kupię bo z objętością nie mam żadnych problemów. Na zdjęciu powinna znaleźć się też maska do blond włosów LUSH, która była wielkim rozczarowaniem. Nie będę teraz zdradzać szczegółów, wolę wszystko napisać w oddzielnej recenzji.


Scrub do ciała Soap&Glory, mam co do niego mieszane uczucia i żeby powiedzieć o nim coś więcej muszę wziąść (wszystko można braść!) w obroty drugie opakowanie, które już czeka pod prysznicem. Żel pod prysznic Balea pachniał tak jak tego oczekiwałam. Mycie się soczystą pomarańczą było istna przyjemnością! Ale tak jak z kosmetykami do włosów tej firmy, nie będę bawić się w importowanie tych produktów. Masło do ciała Nip+Fab był ucztą dla nosa! Piękny zapach prawdziwego mango zawsze wprowadzał mnie w dobry humor. Dodajmy to tego dobre nawilżenie i mamy przepis na produkt idealny. Z recenzją jeszcze poczekam bo chcę porównać go z inną wersją zapachową. Krem Nivea zużyłam bo zużyłam. Zazwyczaj brałam go w obroty przed nałożeniem samoopalacza i do dobrego nawilżenia kolan i łokci.


Miniaturka kremu do twarzy Monu to był strzał w dziesiątkę. Nawilżał tak jak tego chciałam, był idealnym kremem pod makijaż a i SPF15 to dodatkowy bonus. Co prawda nie znosiłam tej małej buteleczki bo pod koniec ciężko było mi wydostać z niej krem ale to tylko miniaturka więc nie będę na to narzekać. Za to krem L'Occitane to istna porażka. Mocny ziołowy zapach sprawił, że na twarz nałożyłam go tylko raz i ciężko mi cokolwiek o nim powiedzieć. Za to nogi fajnie nawilżył ;) Cetaphil zużyłam na spółkę z siotrą ale nie używałam go aż tak regularnie żeby mieć o nim wyrobioną opinię. Krzywdy mi nie zrobił ;) Żel do mycia twarzy Green Pharmacy używałam z przyjemnością i zachwytem do czasu kiedy nie przetarłam twarzy tonikiem LUSHa. Ten żel nie radził sobie ze zmyciem resztek podkładu. O innych właściwościach nie będę się rozwodzić bo nie był to żel przeznaczony do mojego typu skóry. Płyn micelarny Lirene czyli drugi micel jaki kiedykolwiek używałam. Recenzja się pisze!


Baza minimalizujący pory BeneFit to moja wielka miłość. Co prawda była to miniaturka dołączona do jednego z zestawów ale starczyła mi na całe wieki (no dobra, miesiące). Za jakiś czas na pewno pokuszę sie o pełnowymiarową wersję. Puder do twarzy Elizabeth Arden to kolejny strzał w dziesiątkę. Mimo tego nie sprawię sobie kolejnego egzemplarza bo uwielbiam testować i poznawać nowości. Smokey Eye Effect Eyeshadow od Max Factor to z kolei kompletna porażka, która leżała w szufladzie czekając na lepsze czasy. Niestety, jakoś nigdy one nie nadeszły. Cienie zbierały się w załamaniach już po kilkunastu minutach a na dodatek, zmieszane razem, wyglądały jak mało urocza siwa kupa.


Spray do ciała So...? to zwykły zwyklaczek. Jakiś czas temu skusiłam się na płatki nasączone zmywaczem do paznokci. Stwierdzam jednak, że koło zmywacza to one jednak nigdy nie stały i lepszy efekt uzyskałabym pocierając paznokieć suchą chusteczką. Wybielający zestaw do zębów Smile Bright, to coś czego nie zużyłam do końca z czystego lenistwa. Nie miałam ochoty na godzinne siedzenie z żelami i gumowymi nakładkami na zęby przez godzinę. No i te nakładki sprawiały, że śliniłam się jak rasowy bernardyn. Suplement diety na skórę, włosy i paznokcie jeszcze nie pozwolił na wyrobienie mi o sobie zdania. Ta fiolka starczyła mi jedynie na 20 dni więc jestem w trakcie drugiej kuracji. A zaczęłam brać te tabletki przerażona włosami wypadającymi mi wielkimi kłębami i paznokciami, które były w tragicznym stanie. Co prawda zauważyłam w tym tygodniu lekką poprawę ale to jeszcze za wcześnie na ocenienie sytuacji.


Nawilżane chusteczki do twarzy no name były trafione w połowie. Tej mokrzejszej połowie ;) ale mocny zapach mięty sprawił, że już nigdy po nie nie sięgnę. Maseczki do twarzy Montagne Jeunesse: malina i mango pachniała jak skisłe mango i o ile ta saszetki zazwyczaj starczają mi na trzy użycia, tą musiałam odesłać do denkowego woreczka już po pierwszym razie. Za to rozgrzewająca czekolada i pomarańcza to coś, po co sięgnę jeszcze nie raz. Może nie ze względu na rezultaty ale ze względu na piękny zapach i relaks jaki mi zafundowała. Antystresowa, ogórkowa maseczka peeling naprawdę miała w sobie coś co pozwoliło mi się odprężyć. Plus za bardzo łatwe ściąganie (peel off).

Jak poradziłam sobie w tym miesiącu? Znacie moich denkowców? Macie o nich takie same zdanie co ja?

                                                                                                         Buziaki,
                                                                                                                      Gosia

niedziela, 30 czerwca 2013

Bo lubię co jakiś czas znaleźć się na dnie

Czerwiec niestety nie był obfity w posty na blogu. Zaniedbałam mój koci kosmetyczny zakątek na rzecz nauki i co za tym idzie, egzaminów. Ale to że nie pisałam nie znaczy, że nie denkowałam. Chociaż płócienna torebka wydawała się być wypełniona po brzegi przy robieniu zdjęć okazało się, że to puste opakowania są wielkie a denko samo w sobie dosyć małe. Nic to - pozbyłam się rzeczy po które już dawno powinna przyjść kosmetyczna Kostucha.

Rodzinna fotka też nie wyszła ale zrzucam winę na moje trzęsące się dłonie przy robieniu zdjęć.

Dwufazowy płyn do demakijażu, Garnier x2. Jeżuuu, mam nadzieję, że to już koniec. Kupiłam tego kiedyś na zapas i tak się z tym bujam do teraz. Pisałam o nim tu KLIK. Mam nadzieję, że nie znajdę jeszcze jednego opakowania schowanego w szafie bo tego płynu mam już po dziurki w nosie.

Płyn micelarny, RoC - poświęciłam mu całą notkę tu, KLIK. Nie zamierzam do niego wrócić.

Podrabiany BeautyBlender, który kupiłam jakiś czas temu w TK Maxx. Używałam jej codziennie od stycznia i nie mogłam powiedzieć na nią złego słowa. Nie rozwaliła się w żaden sposób ale znalazłam wczoraj na niej dwie podejrzane czarne kropki. Nie chcę ryzykować i dlatego trafia do kosza.


Odżywka do włosów, Great Hair - pisałam o niej tu, KLIK. To ona ratowała siostrzany szampon i pierwszy raz wykończyłam odżywkę przed szamponem, którego jeszcze trochę zostało w butelce. Nie wiem co z nim zrobić, bo nie do końca uśmiecha mi się używać samego szamponu.

Intensywnie regenerująca odżywka do włosów, Biowax - szału nie było. Maska nie spełniła moich wymagań i nie sądzę, że do niej powrócę. Na dodatek przy ostatnim użyciu klęłam na nią ile wlezie bo nie mogłam dosięgnąć produktu na dnie.

Szampon do włosów z granatem Alterra - miniaturka, które starczyła mi na kilka myć. Jeżeli mi się uda kupię pełnowymiarowy szampon a nawet zrobię spory zapas. Moje włosy będą mi za to wdzięczne :)

Żel pod prysznic, The Body Shop - wspomniałam o nim w tej notce, KLIK. Nie wiem czy będę chciała wypróbować inne zapachy żeli z TBS z obawy na spotkanie z kolejnym śmierdziuchem.

Serum intensywnie wyszczuplające+ ujędrniające, Eveline - to jedno opakowanie służyło mi od roku, tak często go używałam ;) a żeby było jeszcze zabawniej zrobiłam spory zapas tego serum, jak dobrze pójdzie do 30stki zdenkuję te wszystkie opakowania ;)

Peeling do ciała, Balea - baaardzo delikatny żel pod prysznic z baaaardzo delikatnymi drobinkami peelingującymi ale przynajmniej był bardzo miły dla nosa. Wydaje mi się, że był niewydajny ale możliwe, że ktoś z domowników też go używał po kryjomu.


Próbka maski do włosów KeraStraight zupełnie nie przypadła mi do gustu, maseczka do twarzy typu peel off Montagne Jeunesse była przyjemnym dodatkiem do odprężających wieczorów. Maska do włosów Aussie zachęciła mnie do kupna pełnowymiarowej wersji a miniaturka żelu na wągry b-liv nie zrobiła nic oprócz szczypania mnie w oczy.


Znacie któryś z tych kosmetyków? Co o nich sądzicie?

                                                                                                                    Buziaki,
                                                                                                       

 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...