środa, 7 maja 2014

Kolekcja na środę / Podkłady, pudry i bazy pod podkład

Ostatnio odrobinę zapuściłam się z postami z moją kosmetyczną kolekcją. Jednak Wasze głosy, że lubicie tę serię i te środowe posty były dobrym pomysłem uświadomiły mi, że trzeba wrócić. Wydaje mi się, że jesteśmy już na finiszu, jeszcze 2 czy 3 posty i środowe notki dobiegną końca ale już myślę nad kolejnym czymś, mam nadzieję, że to coś pozwoli nam na lepsze poznanie siebie nawzajem. Ale ja nie miałam o tym ... Tak, podkłady, pudry i bazy pod podkład to dzisiejszy temat przewodni. Nie mam zbyt wielu tych kosmetyków ale wydaje mi się, że narazie mi wystarczy a wszelkie zachcianki będę spełniać w miarę możliwości ale bez żadnej spiny.



Pierwszy z lewej to Le Teint Touche Eclat Foundation z Yves Saint Laurent. Nabytek dość świeży więc ciężko mi cokolwiek o nim powiedzieć ale po wstępnych testach jestem na tak. Tuż obok jes mój faworyt wszech czasów, pierwszy MACowy podkład jaki wpadł mi w ręce i od razu okazał się hitem. Studio Fix, KLIK bo o nim mowa, jest idealny dla mojej cery i spełnia wszystkie moje wymagania. W buteleczce zostało teraz wystarczająco podkładu na jedno użycie więc oszczędzam go na lepszy dzień bo w sklepie internetowym nigdy nie ma mojego odcienia. Obok mojego ulubieńca jest Naked Skin Foudation z Urban Decay. Szykuję recenzję o tym panu więc więcej już niedługo. O Double Wear z Estee Lauder pisałam dość niedawno KLIK. Prawdziwy tytan wśród mojego zbioru pod względem krycia i trwałości.


Naked Skin Beauty Balm z Urban Decay też jest dość nowy i mimo kilku użyć nie jestem w stanie powiedzieć nic więcej oprócz tego, że nie jestem co do niego zbyt przekonana. Nude Magique Eau de Teint z L'Oreal to niewypał jak się patrzy. Po więcej odsyłam tu, KLIK.


Słoiczki z bareMinerals to nic innego jak podkład mineralny Original SPF w dwóch odcieniach Fairly Light i Light. Na dniach pojawi się recenzja kosmetyków tej firmy więc nie chcę psuć niespodzianki i wszystko opowiem wtedy. A, no i kompakt 2w1 Studio Fix z MAC, który nadal rozgryzam i testuję na każdy możliwy sposób.


W końcu jesteśmy przy pudrach. Od lewej Mineral Veil z bareMinerals, o którym też wkrótce. Bambusowy puder z Paese szczerze mnie zaskoczył swoimi właściwościami mimo że wielką fanką sypanych pudrów nie jestem. Studio Careblend z MAC to powrót do korzeni bo to był mój pierwszy puder tej firmy te kilka lat temu. 


Hello Flawless z BeneFit prawdopodobnie powinno ukazać się razem z podkładami bo jest to dość mocno kryjący puder, który w połączeniu z podkładem dość często robi maskę na twarzy. Naked Skin Powder z Urban Decay jest świetny! Współpracuje z każdym podkładem i jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. No i Meteoryty z Guerlain, których nie do końca wiedziałam gdzie umieścić. W końcu doszłam do wniosku, że mają więcej z pudru wykanczającego niż rozświetlacza.


To już prawie koniec, obiecuję! Bo o bazie Prime time z bareMinerals też nie będę się teraz rozwodzić. Velvet Touch Foundation Primer z GOSH to moja pierwsza baza, która służy mi od dłuższego już czasu. Illuminating Primer Spf15 z MONU jakoś do mnie nie przemawia bo jest zbyt rozświetlająca chociaż może słoneczne dni sprawią, że po nią sięgnę. 


Kto nie zna thePorefessional z BeneFit? Pisałam o tej wygładzającej bazie tu KLIK i jest moim stanowczym faworytem. Lubię ją tak bardzo, że przeczuwam rychłe denko. O bazie Stay Flawless, też z BeneFit pisałam tu KLIK. Świetna baza, która zaskakuje swoim zachowaniem po zetknięciu się ze skórą. Powoli do niej wracam bo ze wzgledów higienicznych musiałam ją odstawić na jakiś czas aż moja skóra wróci do normy. 


To wszystko. Dużo, mało? Dla mnie narazie wystarczająco ale jestem ciekawa jak wyglądają Wasze zbiory.

wtorek, 5 listopada 2013

Żegnam październik - Projekt Denko

Czas pędzi jak szalony i tylko zapełniająca się torebka z pustymi opakowaniami przypomina mi, że zbliża się koniec miesiąca. Jestem z siebie dumna bo w październiku zużyłam więcej aniżeli kupiłam. Oddałam też kilka kosmetyków siostrze i mój pokój nie przypomina już hurtowni kosmetyków. Nawet będąc na zakupach nie mam zbyt wielu chciejstw i nie wracam do domu z pełnymi torbami. Podejrzewam, że wpadłam w zimowy zakupowy letarg i ta sytuacja nie potrwa długo. W dodatku pogoda nie nastraja optymistycznie, ciemne pochmurne dni sprawiają, że muszę się kombinować ze zdjęciami. Eksperymenty wychodzą średnio i najbliższe dni spędzę na kolejnych testach. Coś musi z tego wyjść!
Ale nie będę już przedłużać, co pożegnałam w październiku?


Jak widać królowały masła do ciała :D Najgorsze, że w kolejce do zużycia jest ich więcej a ja mam okropnego lenia w tyłku kiedy przychodzi do smarowania się. Też tak macie? Tak jak zawsze podzieliłam wyrzutki na mniejsze grupy.


Twarzowo sytuacja prezentuje się tak. Olay Total 7 Effects krem i podkład 2w1. Najjaśniejszy odcień nadał był dla mnie zbyt ciemny i używałam go tylko w lato. Gdyby tylko był trochę jaśniejszy byłby produktem idealnym. Złoty scrub do twarzy Organic Therapy o którym pisałam tu KLIK. Ulubieniec pod względem zdzierającym, chcę więcej! Woda micelarna Bourjois, no nie ogarniam zachwytów nad tym produktem. Jasne, robi to co ma robić ale nie będę śpiewać jej hymnów pochwalnych. Ja chyba w ogólnie nie należę do obozu miłośników płynów micelarnych. A może nie potrafię ich tylko docenić? Tonik do twarzy LUSH o którym pisałam tu KLIK. Miałam małe załamanie nerwowe kiedy się skończył. Niestety narazie nie planuję zakupów LUSHowych i muszę zadowolić się innymi tonikami. Na koniec zostawiłam, żel do powiek FlosLek. Pisałam Wam o naszej niemiłej przygodzie tu KLIK. Zrobiłam potem mały eksperyment i nałożony na niepodrażnioną skórę znowu zaserwował mi niemiłe pieczenie. Wyrzucam bez żalu. Zdecydowałam się nawet na pisać do FlosLeku i opisać im moją historię, grzecznie zapytałam co mogło mnie uczulić. Odpowiedzi nie doczekałam się do dzisiaj, Trudno, płakać nie będę. Inwestować w kosmetyki tej firmy też nie.


Masło do ciała Au Lait The Scottish Fine Soap. Kosmetyki tej firmy lubię przede wszystkim za zapach. To masełko nawilżało i sprawiało, że skóra była jedwabiście gładka i przyjemna w dotyku. Grejprfutowe masło The Body Shop polubiłam za zapach. Narazie nie mam jednak zamiaru kupować kolejnego produktu tego typu z TBS. Produktów tego typu mam w zapasie na kolejny rok z górką. Nivea jak Nivea. Smarowałam tym kremem łokcie i kolana przed nałożeniem samoopalacza. Dawał radę ale szału nie było. Kolejne masło do ciała tym razem z Ziaji, uwiodło mnie swoją treściwością i rześkim zapachem.


Żel pod prysznic Radox bardzo mnie rozczarował. W opakowaniu pachniał dojrzałą soczystą wiśnią a pod prysznicem zamieniał się w chemiczny smrodek. W dodatku był bardzo lejący i wydajność bardzo zmalała. Niestety mam w zapasach jeszcze jeden egzemplarz. Mgiełka do ciała Mist you madly od Soap&Glory pachniała ładnie ale tylko w małych ilościach przez co towarzyszyła mi przez ponad dwa lata. Chyba do niej nie wrócę. Peelingowe skarpetki do stóp Holika Holika o których pisałam tu KLIK. Drugie i na pewno nie ostatnie opakowanie. Robi z moimi stopami cuda i kosztuje grosze. Czego chcieć więcej?


Kurczę, na laptopie to zdjęcie wygląda normalnie. Dlaczego Blogger sprawił, że wygląda jak zrobione kalkulatorem? Ostatnie już opakowanie tabletek na skórę, włosy i paznokcie. Tabletki w niczym nie pomogły i zaczęłam pić drożdże. O dziwo mi smakują i piję je z przyjemnością.Olejek do włosów z dodatkiem oleju arganowego to moje małe odkrycie. Ma lepszy skład od MoroccanOil i nie kosztuje fortuny. Polecam!


Pożegnałam się też z tuszem do rzęs MAC Haute&Naughty. O nim napiszę oddzielną recenzję bo uważam go za kosmetyk warty uwagi i bardzo się z nim polubiłam. Nadszedł też koniec dla kolejnego MACowego produktu czyli Penultimate Eyeliner. O nim pisałam już w zeszłym roku o tu KLIK Lubiłam go ale już do niego nie wrócę. Lakier do paznokci Essence zgęstniał okropnie i tak zakończył swój marny żywot.


Miniaturka płynu do demakijażu Bi-Facil Lancome okazała się całkiem przyjemna w użytku i chyba pokuszę się o pełnowymiarowy produkt. Kojąco nawilżający balsam Dr.Lipp zgodnie z radą Zoily, miałam zamiar użyć do zabezpieczania końcówek włosów. Zwątpiłam jednak kiedy zobaczyłam jak bardzo jest gęsty i tępy. Wysmarowałam nim jedną stopę bo tylko na tyle mi starczyło. Glinka do twarzy Monu to bardzo fajny produkt ale opakowanie nie pozwoliło mi na wydobycie sporej części zawartości. Maseczka peel off Montagne Jeunesse to jeden z moich ulubieńców z tej firmy. Oczyszcza i relaksuje. Próbeczka serum do twarzy Idealia od Vichy to jeden wielki niewypał i na twarzy miałam mało twarzowe wiórki produktu.

Niech mi ktoś powie dlaczego te zdjęcia są tak dziadowe pod względem jakości? Z denkowców to wszystko, chyba jest dobrze? Jak Wasze denka? 

                                                                                                                         Buziaki,
                                                                                                                           Gosia

niedziela, 20 października 2013

Co autor miał na myśli? - Październikowy GlossBox UK

Przyznam się, że byłam bardzo ciekawa polskiego GlossyBox, który był dla Was skompletowany przez Kasię Tusk. Przyznam się też, że byłam trochę zawiedziona? może nawet trochę zniesmaczona jego zawartością. Dlatego z niecierpliwością czekałam na moje angielskie pudełko. Ekipa GB przez ostatnie kilka tygodni zasypywała nas wręcz zdjęciami ciemnych szminek czy lakierów do paznokci. Ba, przecież całe pudełko miało być w klimacie 'Dark Romance'. Jeżeli narzekałam na poprzednie pudełko to teraz cofam wszystko bo tak źle jeszcze nie było. I przyznam, że nawet pudełko premierówny było o niebo lepsze.

Powiedzcie same, patrząc na okładkę GlossyMagu spodziewałybyście się jakiejś perełki? W udziale przypadło mi to ...


Buduję napięcie ...


Zamiast dark romance jest bad romance. Ale po kolei



Jedyny pełnowymiarowy produkt w tym pudełku, cheek&lip tint od MeMeMe. Rzeczywiście, firma bardzo luksusowa i w życiu nie pozwoliłabym sobie na zakup produktu za kilka euro. Wprost skaczę z radości tym bardziej, że efekt po użyciu tego cudeńka jest wręcz nieziemski. Więcej koloru dałoby wysmarowanie się kawałkiem buraka a nie tego 12ml kosmetyku.



Szałowe dwie saszetki balsamu brązującego do ciała od Vita Liberata. Ta wielka ilość produktu prawdopodobnie starczy mi na wysmarowanie jednej ręki. Ale nie martwmy się, poszukam asymetrycznej bluzki z jędnym rekawem i nikt nie zauważy różnicy. Prawdopodnie Glossy przewiduje, że takie ubrania będą w modzie tej zimy.


Rozświetlająca baza od Monu. Rzeczywiście ta firma nigdy nie pojawiła się w poprzednich pudełkach. Przyznaję, że mają fajne produkty ale ile można? Czy kiedykolwiek uwolnimy się od kosmetyków Monu? Podejrzewam, że nie i w kolejnych pudełkach dostaniemy od nich coś jeszcze. Plus za to, że w końcu kosmetyk ma normalne opakowanie i być może uda mi się go użyć do końca. Opakowanie zawiera 20ml produktu.


Serum do twarzy od Premae. Też 20ml miniaturka. Jestem bardzo ciekawa tego produktu ale za cholerę nie wpisuje mi się on w tematykę pudełka. Na pewno jednak nie będę testować go pod kątem uzyskania kremu BB bo nie jest mi z nimi po drodze i obawiam się, że miałabym na twarze fajne ciasto.




Wypełniając ankietę GB nie pisnęłam ani słowa o tym, że mam problemy z wypryskami. Gdyż iż ponieważ ich nie mam ale ekipa Glossy postanowiła mi wcisnąć malusieńką próbkę kremu, który ma mi pomóc w walce z takowymi. Nie wiem ile kremu od Unica zawiera to maleństwo ale nie dam mu więcej niż kilka gram. Czyżby GB próbował nas nauczyć oszczędności w używaniu kosmetyków?

Nie pokusiłam się o dokładne wyliczenia ale tak na oko, nie wydaje mi się, że wartość pudełka przewyższa cenę jaką za niego zapłaciłam. Żeby nie było, że tylko ja jestem taka wybredna - strona księgi twarzy GB huczy od postów osób niezadowolonych z tej edycji. Ale czy można się im dziwić? Miałyśmy prawo spodziewać się czegoś innego, niezywkłego. Dostałyśmy próbki, które bez problemu możemy dostać w drogerii bądź aptece. Nieładnie, Glossy, nieładnie!

                                                                                                                    Buziaki,
                                                                                                                           Gosia

wtorek, 1 października 2013

Jak to? Znowu koniec miesiąca? - Wrześniowe denko

Zanim zacznę pisać dyrdymały o denkach, chciałabym Wam bardzo podziękować za tyle miłych słów pod moim włosowym postem! Utwierdziły mnie one w przekonaniu, że to była dobra decyzja i sprawiły, że na twarzy mam wielkiego banana. Wielki buziak dla każdej z Was!

Nie wierzę, że już mamy październik! Wydawało mi się, że moje sierpniowe denka pokazywałam Wam zaledwie kilka dni temu a już musiałam obfocić wrześniowe zużycia. Co więcej byłam przekonana, że dopiero mamy połowę miesiąca. Widać jak często patrzę w kalendarz ;)
Wrześniowe zużycia to moja mała duma, bo zużyłam dużo. Nie będę Was jednak zanudzać i od razu przejdę do wrześniowych bohaterów.


Spora gromadka, co? Żeby było łatwiej podzieliłam opakowania, jak zawsze, na grupy.


Szampon do włosów GreatHair to jak dla mnie wielka porażka. Zresztą pisałam o nim tu KLIK. Zużyłam go do mycia mniej lubianych pędzli bo nie nadawał się do niczego innego. Bardzo żałuję wydanych na niego pieniędzy. Kokosowe duo od Balea czyli szampon i odżywka to zupełne przeciwieństwo szamponu GH. Zakochałam się w zapachu i działaniu ale nie posunę się do sprowadzania tego duetu z Niemiec. Recenzja napisana, czeka tylko na opublikowanie. Szampon do włosów Aussie, nadawał objętości i w dodatku pięknie pachniał, zresztą tak jak wszystkie produkty Aussie. Nie wiem jednak czy jeszcze go kupię bo z objętością nie mam żadnych problemów. Na zdjęciu powinna znaleźć się też maska do blond włosów LUSH, która była wielkim rozczarowaniem. Nie będę teraz zdradzać szczegółów, wolę wszystko napisać w oddzielnej recenzji.


Scrub do ciała Soap&Glory, mam co do niego mieszane uczucia i żeby powiedzieć o nim coś więcej muszę wziąść (wszystko można braść!) w obroty drugie opakowanie, które już czeka pod prysznicem. Żel pod prysznic Balea pachniał tak jak tego oczekiwałam. Mycie się soczystą pomarańczą było istna przyjemnością! Ale tak jak z kosmetykami do włosów tej firmy, nie będę bawić się w importowanie tych produktów. Masło do ciała Nip+Fab był ucztą dla nosa! Piękny zapach prawdziwego mango zawsze wprowadzał mnie w dobry humor. Dodajmy to tego dobre nawilżenie i mamy przepis na produkt idealny. Z recenzją jeszcze poczekam bo chcę porównać go z inną wersją zapachową. Krem Nivea zużyłam bo zużyłam. Zazwyczaj brałam go w obroty przed nałożeniem samoopalacza i do dobrego nawilżenia kolan i łokci.


Miniaturka kremu do twarzy Monu to był strzał w dziesiątkę. Nawilżał tak jak tego chciałam, był idealnym kremem pod makijaż a i SPF15 to dodatkowy bonus. Co prawda nie znosiłam tej małej buteleczki bo pod koniec ciężko było mi wydostać z niej krem ale to tylko miniaturka więc nie będę na to narzekać. Za to krem L'Occitane to istna porażka. Mocny ziołowy zapach sprawił, że na twarz nałożyłam go tylko raz i ciężko mi cokolwiek o nim powiedzieć. Za to nogi fajnie nawilżył ;) Cetaphil zużyłam na spółkę z siotrą ale nie używałam go aż tak regularnie żeby mieć o nim wyrobioną opinię. Krzywdy mi nie zrobił ;) Żel do mycia twarzy Green Pharmacy używałam z przyjemnością i zachwytem do czasu kiedy nie przetarłam twarzy tonikiem LUSHa. Ten żel nie radził sobie ze zmyciem resztek podkładu. O innych właściwościach nie będę się rozwodzić bo nie był to żel przeznaczony do mojego typu skóry. Płyn micelarny Lirene czyli drugi micel jaki kiedykolwiek używałam. Recenzja się pisze!


Baza minimalizujący pory BeneFit to moja wielka miłość. Co prawda była to miniaturka dołączona do jednego z zestawów ale starczyła mi na całe wieki (no dobra, miesiące). Za jakiś czas na pewno pokuszę sie o pełnowymiarową wersję. Puder do twarzy Elizabeth Arden to kolejny strzał w dziesiątkę. Mimo tego nie sprawię sobie kolejnego egzemplarza bo uwielbiam testować i poznawać nowości. Smokey Eye Effect Eyeshadow od Max Factor to z kolei kompletna porażka, która leżała w szufladzie czekając na lepsze czasy. Niestety, jakoś nigdy one nie nadeszły. Cienie zbierały się w załamaniach już po kilkunastu minutach a na dodatek, zmieszane razem, wyglądały jak mało urocza siwa kupa.


Spray do ciała So...? to zwykły zwyklaczek. Jakiś czas temu skusiłam się na płatki nasączone zmywaczem do paznokci. Stwierdzam jednak, że koło zmywacza to one jednak nigdy nie stały i lepszy efekt uzyskałabym pocierając paznokieć suchą chusteczką. Wybielający zestaw do zębów Smile Bright, to coś czego nie zużyłam do końca z czystego lenistwa. Nie miałam ochoty na godzinne siedzenie z żelami i gumowymi nakładkami na zęby przez godzinę. No i te nakładki sprawiały, że śliniłam się jak rasowy bernardyn. Suplement diety na skórę, włosy i paznokcie jeszcze nie pozwolił na wyrobienie mi o sobie zdania. Ta fiolka starczyła mi jedynie na 20 dni więc jestem w trakcie drugiej kuracji. A zaczęłam brać te tabletki przerażona włosami wypadającymi mi wielkimi kłębami i paznokciami, które były w tragicznym stanie. Co prawda zauważyłam w tym tygodniu lekką poprawę ale to jeszcze za wcześnie na ocenienie sytuacji.


Nawilżane chusteczki do twarzy no name były trafione w połowie. Tej mokrzejszej połowie ;) ale mocny zapach mięty sprawił, że już nigdy po nie nie sięgnę. Maseczki do twarzy Montagne Jeunesse: malina i mango pachniała jak skisłe mango i o ile ta saszetki zazwyczaj starczają mi na trzy użycia, tą musiałam odesłać do denkowego woreczka już po pierwszym razie. Za to rozgrzewająca czekolada i pomarańcza to coś, po co sięgnę jeszcze nie raz. Może nie ze względu na rezultaty ale ze względu na piękny zapach i relaks jaki mi zafundowała. Antystresowa, ogórkowa maseczka peeling naprawdę miała w sobie coś co pozwoliło mi się odprężyć. Plus za bardzo łatwe ściąganie (peel off).

Jak poradziłam sobie w tym miesiącu? Znacie moich denkowców? Macie o nich takie same zdanie co ja?

                                                                                                         Buziaki,
                                                                                                                      Gosia

czwartek, 26 września 2013

Wrześniowy GlossyBox UK

Nareszcie przyleciał do mnie wrześniowy GlossyBox, a czekałam na niego dosyć długo. Przez ten czas zdążyłam obejrzeć wszystkie pudełka w Internetach a także nawet trochę o nim zapomnieć. Ale jest, świeżutki ale już nie gorący GB! Wrześniowa edycja to kosmetyki, które są lubiane i popularne w Anglii, niby mogłabym z tym polemizować ale nie chce mi się no i nie mieszkam w Anglii a na wyspie obok i możliwe, że się nie znam. Spójrzcie jednak na to jak prezentuje się pudełko.




Pudełko zdobi nic innego jak Union Jack a ta 'bibułka' jest przystrojona w angielskie symbole. Naprawdę miła odmiana od comiesięcznego różowego pudełka - no i będzie przyjemnym akcentem w szufladzie z kosmetykami.


Wrzesień to też pierwszy miesiąc kiedy dostajemy GB Mag, kilka stron na krzyż, które jakoś nie przykuły mojej uwagi. Teraz najważniejsze, co znalazłam w pudełku?




Sztuczne rzęsy Eylure, już z klejem - gotowe do przyklejenia. Na moje oko wyglądają dosyć sztucznie ale założę je na jakieś wieczorne wyjście do pubu. Wieczór - ciemno - słabe oświetlenie - nikt nie zauważy. Możliwe jednak, że się miło rozczaruję i będą często gościć na moich rzęsach.



Nawilżający balsam Dr Lipp czyli coś co podobno wymyśliły kobiety karmiące piersią. If you know what I mean. Na usta raczej go nie nałożę bo konsystencją i kolorem przypomina mi linomag, którego nie znoszę, no i okropnie się klei. Myślałam czy nie nałożyć go na stopy, które ostatnio bardzo ucierpiały w niewygodnych obcasach ale boję się, że te 3ml starczą jedynie na duży palec u stopy. I to tylko jeden.



Nabłyszczające serum do włosów Toni&Guy, to coś co przypadło mi do gustu. Mój MoroccanOil powoli sięga dna (byłam z nim ostatnio bardzo oszczędna) a to może być równie dobrą alternatywą. Już nie mogę się doczekać żeby go użyć!






Eyeliner w pisaku be a ... bombshell to według mnie produkt zapchajdziura. Nie wyobrażam sobie tworzenia nim ładnych kresek na powiekach bo a) jest cholernie gruby, jak flamaster i b) przeokropnie śmierdzi, jak flamaster. Czuję, że czarny marker dałby takie same efekty ale mogę się mylić.






I coś co sprawiło, że zadrżały mi ręce. Bronzer HD Brows. Co prawda wolałabym dostać ichnie paletki do brwi ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, tym bardziej, że ten bronzer ma piekny, ciepły odcień. Niestety trochę się pyli i dołączona gąbeczka do aplikacji to śmiech na sali ale nikt nie każe mi jej przecieć używać. Dzisiaj mam dzień paszteta bez makijażu ale jutro spinam pośladki i używam tego bronzera.

No i bonusiki od GlossyBox za to, że tyle czekałam na moje pudełko.


Rozgrzewająca maska do twarzy na bazie glinki Monu. Firmę lubię, używam teraz ich kremu do twarzy, też z GlossyBox i wiem, że to tylko miniaturki ale do cholery jasnej, te buteleczki to jakiś żart. Ciężko coś z nich wycisnąć.

 Żel pod prysznic Molton Brown. Pachnie bardzo męsko a jakby nie było wolę się otulać bardziej kobiecymi zapachami i nie wiem co z nim zrobić.

Tusz do rzęs GOSH. Z moimi zapasami prawdopodobnie nie będzie w użyciu przez kilka dobrych miesięcy ale myślę czy nie zacząć go używać już teraz. Wizja dłuższych rzęs po dwóch tygodniach używania jest bardzo kusząca.

Pudełko, moim zdaniem, jest udane. Znalazłam w nim produkty po które nigdy bym sama nie sięgnęła ale cieszę się na myśl o ich używaniu. Szybko podliczyłam wartość produktów - jakieś 45 funtów vs. 13 funtów, które zapłaciłam za Glossy. Hajs musi się zgadzać więc jest dobrze.

Czy coś szczególnie przykuło Waszą uwagę? Może chciałybyście o czymś przeczytać dokładniej?

                                                                                                              Buziaki,
                                                                                                             Gosia
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...