poniedziałek, 5 stycznia 2015

Grudniowe zużycia kosmetyczne

Chciałoby się polecieć frazesem i westchnąć Nowy Rok, nowa ja ale zdążyłam już zobaczyć tysiąc pięcset postów w tym temacie. Odrobinę zapuściłam bloga, okres świąteczny okazał się być również pracowitym i imprezowym okresem ;-) Na bloga powracam z porcją zeszłorocznych śmieci, co mi szkodzi zacząć ten rok z przytupem! 
Ze śmieci jestem zadowolona, moja kolekcja kolorówki powoli się wykrusza co dla mnie oznacza jedno:zakupy. Jednak tym razem będą przemyślane i dość dobrze zaplanowane, rzuciłam nawyk robienia szalonych, spontanicznych zakupów. 



Tubka niebieskiego kremu Nivea służyła mi dość długo a kremu używam do nawilżenia różnych partii ciała. Żel pod prysznic Go Fresh Dove o zapachu granatu i cytrynowej werbeny miał być orzeźwiający a pachniał mydlinami. Śliska, spływająca z ciała konsystencja - nic ciekawego. Płyn micelarny Garnier to mój ulubieniec a w użyciu jest już kolejna buteleczka.


Na dobre rozstałam się z sypkimi podkładami bareMinerals, chociaż pod koniec opakowania byłam zadowolona z efektu jaki daje na twarzy i jego trwałości. Może w przyszłą zimę sięgnę po miniaturę, zdaje się, że lepiej sprawuje się w chłodne dni. Jajeczko Real Techniques służyło mi do aplikacji podkładu przez ponad rok ale o tym już niedługo ;-) 


Miniatura błyszczyka Lip junkie dołączonego do palety Naked 2 z Urban Decay to produkt wart uwagi. Gdybym nie miała tylu jasnych, nudnych błyszczyków na pewno zainwestowałabym w pełnowymiarową wersję. Błyszczyk/róż do policzków Jelly Pong Pong nie był w centrum uwagi zbyt często, ba!, bardzo rzadko po niego sięgałam. Nic dziwnego, że podczas porządków trafił do kosza. Tusz do rzęs z Inglot był całkiem przyjemnym tuszem, co z tego skoro po niespełna trzech miesiącach zrobił się okropnie suchy, nie wygladał ładnie na twarzy a co gorsza się osypywał. Za to przeznaczony do brązowych oczu eyeliner Super liner luminizer z L'Oreal to chyba mój hit w tej kategorii. Zatopione w nim drobinki sprawiały, że w oczach pojawiał się filuterny błysk. Muszę koniecznie sprawić sobie drugi egzemplarz. 


Dwie saszetki - pierwsza to maseczka do twarzy, która nie dość, że nawilżyła skórę twarzy to również pachniała bardzo odświeżająco. Druga to miniatura z Vita Liberata - rozświetlający samoopalacz to coś co lubię. Gdybym nie miała sporego zapasu samoopalaczy pełnowymiarowa wersja tego pana już dawno by się u mnie pojawiła. 

To wszystko co zużyłam w grudniu. Zostawię Was teraz ze swoimi śmieciami a ja lecę doprowadzić skórę do porządku bo dwa tygodnie Świąt zrobiły swoje, ale o tym lepiej nie mówić publicznie ;-)

czwartek, 29 maja 2014

Majowe zużycia kosmetyczne

Gdybym miała porównać maj do czegokolwiek powiedziałabym, że był jak torpeda. Te dni zleciały mi nie wiadomo jak i nie wiadomo na czym. Jeżeli kolejne miesiące też mają takie być to ja dziękuję postoję. Nie wiem dlaczego zima tak się dłuży a słoneczne, ciepłe i letnie dni pędzą jak w oka mgnieniu. Jakoś te comiesięczne posty z zużyciami uświadamiają mi, że to już koniec miesiąca. Systematyczność nie zawsze mi się podoba ;-) Maj okazał się być obfity w zużycia, w woreczku znalazłam masę pustych produktów, sami zobaczcie. 



Mistrzem drugiego planu jest pan Bazyli, który się nie myli ;-) Adoptowany ponad miesiąc temu nadal przyzwyczaja się do nowego miejsca. Zabawne jest kiedy wychodzi na dwór i zwiedza, rozgląda się jak turysta. Jedyne czego mu brakuje to mały aparat fotograficzny. Ale ja nie o kocie chciałam. Bloker Perspirex był świetny dopóki nie znalazłam jego tańszego odpowiednika z Ziaji. Krem Nivea Soft przydaje się do szybkiego nawilżenia skóry ciała, na przykład przed nałożeniem samoopalacza. Masełko do ciała Nip+Fab zużyłam na spółkę z resztą domowników. Jego zapach okazał się dla mnie  jednak zbyt duszący. Cieszę się, że nie zdecydowałam się na pistacjową wersję bo poniuchany w sklepie śmierdział okropnie.


O szamponie i odżywce Glad Hair Day z Soap&Glory pisałam już jakiś czas temu. Wybaczcie ale nie potrafię dodawać linków na allikacji bloggera. Nie byłam zadowona z tego duetu dlatego już do nich nie wrócę. 


Przetrzepując torebki, których nie nosiłam od wieków znalazłam flakonik wody toaletowej Playboy. Przyznam szczerze, że nie pamiętam jak dokładnie pachniała. Podejrzewam, że bardzo słodko. Woda perfumowana Heat by Beyonce gościła u mnie od kilku lat. Na początku uwielbiałam ten zapach potem okazał się duszący i powodujący ból głowy.


Krem pod oczy Contour des Yeux Prodigieux z Nuxe gościł u mnie na blogu kilka dni temu. Zero nawilżenia, nic tylko wielkie rozczarowanie. Effeclar K z La Roche-Posay zagościł u mnie po niezbyt udanym romansie z trzema krokami Clinique. Jest dobrze, co prawda pojawiają się u mnie na twarzy niespodzianki ale szybko się goją i nie są wielkie. Zakupiłam już drugie opakowanie.


Na dnie buteleczki podkładu Nude Magique Eau de Teint z L'oreal, o którym też oczywiście pisałam, zostało trochę podkładu. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie kiedy po kilku tygodniach znowu po niego sięgnęłam a podkład ... zasechł. I pupa zbita, poleciał do pustaków. Lakier z blogerskiej kolekcji Wibo w kolorze Blue Lake okropnie zgęstniał. Szkoda bo bardzo go lubiłam, kolor przyciągał wzrok i był naprawdę trwały. Miniaturka tuszu do rzęs High Impact Mascara z Clinique okazał się być dość dobrym tuszem. Podobał mi się efekt jaki dawał na rzęsach jednak nie na tyle żeby sięgnąć po pelnowymiarowe opakowanie. 


Dwa tygodnie temu przeprowadziłam kolejną kurację złuszczającą na stopach z Botanical Choice. Tym razem nie zamówiłam skarpetek z ebay tylko sięgnęłam po te, które znalazłam w aptece. Znowu mam stopy jak u niemowlaka więc nie narzekam. Próbka Milk Proteins 3in1 Cleansing Milk z Korres ponownie utwierdziła mnie w tym, że mleczek do twarzy nie zdzierżę. Koniec kropka. Oczyszczający drobnoziarnisty peeling do twarzy z Perfecty pozytywnie mnie zaskoczył. Saszetka starczyła mi na trzy użycia pozostawiając twarz oczyszczoną i rozjaśnioną. Próbka podkładu True Match z L'Oreal  w odcieniu W3 Golden Beige była zbyt pomarańczowa do mojej cery. Szkoda, że nie miałam dobrego dla mnie odcienia bo chętnie przetestowałabym ten podkład na dłuższą metę. 

To wszystko w tym miesiącu. Jestem ciekawa czy znacie moich denkowców i podzielacie moje zdanie o nich? Jak poszło Wam zużywanie w maju? 

sobota, 7 grudnia 2013

Listopadowy Projekt Denko

Ostatnio trochę mnie mniej w blogosferze. Przybyło mi trochę nowych obowiązkowych przez co nie mam już tyle czasu co do tej pory na blogowanie. Okropnie mi z tego powodu przykro ale liczę, że nauczę się lepszej organizacji i wyskrobię odrobinę czasu na lepszą opiekę nad LilOddiette.
W listopadzie nie poszalałam z denkowaniem, zużyłam o wiele mniej niż kupiłam ale pocieszam się, że grudzień będzie dla mnie łaskawszy pod względem denkowania. Oby!


Mówiłam, że jest tego malutko? A skoro grupowe zdjęcie mamy już za sobą przejdźmy do bliższego poznania denkowców.


 Żel pod prysznic Original Source o zapachu cytryny i drzewa herbacianego. Szczerze mówiąc nie potrafię teraz przywołać tego zapachu więc podejrzewam, że nie porwał mojego zmysły powonienia. Już jestem szczerze przekonana, że żele OS nie są dla mnie i nie wiem skąd ten szał na nie. Kolejny żel pod prysznic od Balea. Miała być pomarańcza a był jakiś chemiczny smrodek. Nigdy więcej. I szampon do włosów produkowany dla Superdrug - naprawdę nie wiem dlaczego go kupiłam. Używałam go tylko raz na jakiś czas po okazał się być bardzo oczyszczający, co bym przekłknęła, ale zostawiał mi na głowie okropną szopę.


Baza pod podkład Rimmel zużyłam bo zużyłam ale szału nie było - pozostawiała okropną tłustą powłokę na twarzy. Sztuczne rzęsy Eylure, które dostałam w GB. Były gotowe do przyklejenia ale co z tego skoro kiedy odklejałam je od opakowania pasek kleju na nim został? Nie chciało mi się z tym bawić. Woda w sprayu Balea - woda jak woda. Używałam jej do odświeżenia maseczek.


Błyszczyk MAC, który miałam tak długo, że już nie pamiętam jakie miał wykończenie i kolor  a wszystkie napisy się starły. Bardzo go lubiłam, miał delikatny różowy kolor i nienachalne drobinki. Odżywka do paznokci Eveline. Wiem, że wielu z Was zrobiła krzywdę ale mi pomogła odzyskać zdrowe, twarde i długie paznokcie. Mam nadzieję, że niedługo uda mi się ją dostać na ebay.
Tusz do rzęs GOSH też dostałam w GlossyBox. Miał wydłużać co robił świetnie ale kilka dni temu odkręcając szczoteczkę, trzonek (górna część trzonka?) oderwał się od szczoteczki i ta została w środku. Co było zrobić? Musiałam wyrzucić. Kolejny tusz do rzęs tym razem od L'oreal był moim drogeryjnym ulubieńcem. Miał jednak jedną wadę, tusz gromadził się przy wlocie i zostawał po boku zastygając i tworząc nieestetyczny glucik. Smuteczek.


Balsam pod prysznic Nivea to śmiech na sali i nie wiem dlaczego był na niego taki szał. Serum do twarzy Vichy pachniał bardzo przyjemnie bo cytrusowo. Maseczka do twarzy z serum nawilżającym Montagne Jeunesse to produkt do którego nie wrócę. O ile maseczka mnie zadowoliła o tyle serum, które nałożyłam na twarz po zmyciu maseczki rozczarował. Rano wstałam z cudownymi farfoclami na twarzy. Krem BB Dior, oczywiście koło prawdziwego BB nie stał ale był całkiem miły w użyciu. Na zimę potrzebuję mocniejszego krycia ale zgłębię jeszcze temat tego BB przed nadejściem lata.

To tyle w tym miesiącu :) Znacie któryś z tych kosmetyków? Jak poszło Wam denkowanie w listopadzie?

                                                                                                                              Buziaki,
                                                                                                                                    Gosia

wtorek, 5 listopada 2013

Żegnam październik - Projekt Denko

Czas pędzi jak szalony i tylko zapełniająca się torebka z pustymi opakowaniami przypomina mi, że zbliża się koniec miesiąca. Jestem z siebie dumna bo w październiku zużyłam więcej aniżeli kupiłam. Oddałam też kilka kosmetyków siostrze i mój pokój nie przypomina już hurtowni kosmetyków. Nawet będąc na zakupach nie mam zbyt wielu chciejstw i nie wracam do domu z pełnymi torbami. Podejrzewam, że wpadłam w zimowy zakupowy letarg i ta sytuacja nie potrwa długo. W dodatku pogoda nie nastraja optymistycznie, ciemne pochmurne dni sprawiają, że muszę się kombinować ze zdjęciami. Eksperymenty wychodzą średnio i najbliższe dni spędzę na kolejnych testach. Coś musi z tego wyjść!
Ale nie będę już przedłużać, co pożegnałam w październiku?


Jak widać królowały masła do ciała :D Najgorsze, że w kolejce do zużycia jest ich więcej a ja mam okropnego lenia w tyłku kiedy przychodzi do smarowania się. Też tak macie? Tak jak zawsze podzieliłam wyrzutki na mniejsze grupy.


Twarzowo sytuacja prezentuje się tak. Olay Total 7 Effects krem i podkład 2w1. Najjaśniejszy odcień nadał był dla mnie zbyt ciemny i używałam go tylko w lato. Gdyby tylko był trochę jaśniejszy byłby produktem idealnym. Złoty scrub do twarzy Organic Therapy o którym pisałam tu KLIK. Ulubieniec pod względem zdzierającym, chcę więcej! Woda micelarna Bourjois, no nie ogarniam zachwytów nad tym produktem. Jasne, robi to co ma robić ale nie będę śpiewać jej hymnów pochwalnych. Ja chyba w ogólnie nie należę do obozu miłośników płynów micelarnych. A może nie potrafię ich tylko docenić? Tonik do twarzy LUSH o którym pisałam tu KLIK. Miałam małe załamanie nerwowe kiedy się skończył. Niestety narazie nie planuję zakupów LUSHowych i muszę zadowolić się innymi tonikami. Na koniec zostawiłam, żel do powiek FlosLek. Pisałam Wam o naszej niemiłej przygodzie tu KLIK. Zrobiłam potem mały eksperyment i nałożony na niepodrażnioną skórę znowu zaserwował mi niemiłe pieczenie. Wyrzucam bez żalu. Zdecydowałam się nawet na pisać do FlosLeku i opisać im moją historię, grzecznie zapytałam co mogło mnie uczulić. Odpowiedzi nie doczekałam się do dzisiaj, Trudno, płakać nie będę. Inwestować w kosmetyki tej firmy też nie.


Masło do ciała Au Lait The Scottish Fine Soap. Kosmetyki tej firmy lubię przede wszystkim za zapach. To masełko nawilżało i sprawiało, że skóra była jedwabiście gładka i przyjemna w dotyku. Grejprfutowe masło The Body Shop polubiłam za zapach. Narazie nie mam jednak zamiaru kupować kolejnego produktu tego typu z TBS. Produktów tego typu mam w zapasie na kolejny rok z górką. Nivea jak Nivea. Smarowałam tym kremem łokcie i kolana przed nałożeniem samoopalacza. Dawał radę ale szału nie było. Kolejne masło do ciała tym razem z Ziaji, uwiodło mnie swoją treściwością i rześkim zapachem.


Żel pod prysznic Radox bardzo mnie rozczarował. W opakowaniu pachniał dojrzałą soczystą wiśnią a pod prysznicem zamieniał się w chemiczny smrodek. W dodatku był bardzo lejący i wydajność bardzo zmalała. Niestety mam w zapasach jeszcze jeden egzemplarz. Mgiełka do ciała Mist you madly od Soap&Glory pachniała ładnie ale tylko w małych ilościach przez co towarzyszyła mi przez ponad dwa lata. Chyba do niej nie wrócę. Peelingowe skarpetki do stóp Holika Holika o których pisałam tu KLIK. Drugie i na pewno nie ostatnie opakowanie. Robi z moimi stopami cuda i kosztuje grosze. Czego chcieć więcej?


Kurczę, na laptopie to zdjęcie wygląda normalnie. Dlaczego Blogger sprawił, że wygląda jak zrobione kalkulatorem? Ostatnie już opakowanie tabletek na skórę, włosy i paznokcie. Tabletki w niczym nie pomogły i zaczęłam pić drożdże. O dziwo mi smakują i piję je z przyjemnością.Olejek do włosów z dodatkiem oleju arganowego to moje małe odkrycie. Ma lepszy skład od MoroccanOil i nie kosztuje fortuny. Polecam!


Pożegnałam się też z tuszem do rzęs MAC Haute&Naughty. O nim napiszę oddzielną recenzję bo uważam go za kosmetyk warty uwagi i bardzo się z nim polubiłam. Nadszedł też koniec dla kolejnego MACowego produktu czyli Penultimate Eyeliner. O nim pisałam już w zeszłym roku o tu KLIK Lubiłam go ale już do niego nie wrócę. Lakier do paznokci Essence zgęstniał okropnie i tak zakończył swój marny żywot.


Miniaturka płynu do demakijażu Bi-Facil Lancome okazała się całkiem przyjemna w użytku i chyba pokuszę się o pełnowymiarowy produkt. Kojąco nawilżający balsam Dr.Lipp zgodnie z radą Zoily, miałam zamiar użyć do zabezpieczania końcówek włosów. Zwątpiłam jednak kiedy zobaczyłam jak bardzo jest gęsty i tępy. Wysmarowałam nim jedną stopę bo tylko na tyle mi starczyło. Glinka do twarzy Monu to bardzo fajny produkt ale opakowanie nie pozwoliło mi na wydobycie sporej części zawartości. Maseczka peel off Montagne Jeunesse to jeden z moich ulubieńców z tej firmy. Oczyszcza i relaksuje. Próbeczka serum do twarzy Idealia od Vichy to jeden wielki niewypał i na twarzy miałam mało twarzowe wiórki produktu.

Niech mi ktoś powie dlaczego te zdjęcia są tak dziadowe pod względem jakości? Z denkowców to wszystko, chyba jest dobrze? Jak Wasze denka? 

                                                                                                                         Buziaki,
                                                                                                                           Gosia

wtorek, 1 października 2013

Jak to? Znowu koniec miesiąca? - Wrześniowe denko

Zanim zacznę pisać dyrdymały o denkach, chciałabym Wam bardzo podziękować za tyle miłych słów pod moim włosowym postem! Utwierdziły mnie one w przekonaniu, że to była dobra decyzja i sprawiły, że na twarzy mam wielkiego banana. Wielki buziak dla każdej z Was!

Nie wierzę, że już mamy październik! Wydawało mi się, że moje sierpniowe denka pokazywałam Wam zaledwie kilka dni temu a już musiałam obfocić wrześniowe zużycia. Co więcej byłam przekonana, że dopiero mamy połowę miesiąca. Widać jak często patrzę w kalendarz ;)
Wrześniowe zużycia to moja mała duma, bo zużyłam dużo. Nie będę Was jednak zanudzać i od razu przejdę do wrześniowych bohaterów.


Spora gromadka, co? Żeby było łatwiej podzieliłam opakowania, jak zawsze, na grupy.


Szampon do włosów GreatHair to jak dla mnie wielka porażka. Zresztą pisałam o nim tu KLIK. Zużyłam go do mycia mniej lubianych pędzli bo nie nadawał się do niczego innego. Bardzo żałuję wydanych na niego pieniędzy. Kokosowe duo od Balea czyli szampon i odżywka to zupełne przeciwieństwo szamponu GH. Zakochałam się w zapachu i działaniu ale nie posunę się do sprowadzania tego duetu z Niemiec. Recenzja napisana, czeka tylko na opublikowanie. Szampon do włosów Aussie, nadawał objętości i w dodatku pięknie pachniał, zresztą tak jak wszystkie produkty Aussie. Nie wiem jednak czy jeszcze go kupię bo z objętością nie mam żadnych problemów. Na zdjęciu powinna znaleźć się też maska do blond włosów LUSH, która była wielkim rozczarowaniem. Nie będę teraz zdradzać szczegółów, wolę wszystko napisać w oddzielnej recenzji.


Scrub do ciała Soap&Glory, mam co do niego mieszane uczucia i żeby powiedzieć o nim coś więcej muszę wziąść (wszystko można braść!) w obroty drugie opakowanie, które już czeka pod prysznicem. Żel pod prysznic Balea pachniał tak jak tego oczekiwałam. Mycie się soczystą pomarańczą było istna przyjemnością! Ale tak jak z kosmetykami do włosów tej firmy, nie będę bawić się w importowanie tych produktów. Masło do ciała Nip+Fab był ucztą dla nosa! Piękny zapach prawdziwego mango zawsze wprowadzał mnie w dobry humor. Dodajmy to tego dobre nawilżenie i mamy przepis na produkt idealny. Z recenzją jeszcze poczekam bo chcę porównać go z inną wersją zapachową. Krem Nivea zużyłam bo zużyłam. Zazwyczaj brałam go w obroty przed nałożeniem samoopalacza i do dobrego nawilżenia kolan i łokci.


Miniaturka kremu do twarzy Monu to był strzał w dziesiątkę. Nawilżał tak jak tego chciałam, był idealnym kremem pod makijaż a i SPF15 to dodatkowy bonus. Co prawda nie znosiłam tej małej buteleczki bo pod koniec ciężko było mi wydostać z niej krem ale to tylko miniaturka więc nie będę na to narzekać. Za to krem L'Occitane to istna porażka. Mocny ziołowy zapach sprawił, że na twarz nałożyłam go tylko raz i ciężko mi cokolwiek o nim powiedzieć. Za to nogi fajnie nawilżył ;) Cetaphil zużyłam na spółkę z siotrą ale nie używałam go aż tak regularnie żeby mieć o nim wyrobioną opinię. Krzywdy mi nie zrobił ;) Żel do mycia twarzy Green Pharmacy używałam z przyjemnością i zachwytem do czasu kiedy nie przetarłam twarzy tonikiem LUSHa. Ten żel nie radził sobie ze zmyciem resztek podkładu. O innych właściwościach nie będę się rozwodzić bo nie był to żel przeznaczony do mojego typu skóry. Płyn micelarny Lirene czyli drugi micel jaki kiedykolwiek używałam. Recenzja się pisze!


Baza minimalizujący pory BeneFit to moja wielka miłość. Co prawda była to miniaturka dołączona do jednego z zestawów ale starczyła mi na całe wieki (no dobra, miesiące). Za jakiś czas na pewno pokuszę sie o pełnowymiarową wersję. Puder do twarzy Elizabeth Arden to kolejny strzał w dziesiątkę. Mimo tego nie sprawię sobie kolejnego egzemplarza bo uwielbiam testować i poznawać nowości. Smokey Eye Effect Eyeshadow od Max Factor to z kolei kompletna porażka, która leżała w szufladzie czekając na lepsze czasy. Niestety, jakoś nigdy one nie nadeszły. Cienie zbierały się w załamaniach już po kilkunastu minutach a na dodatek, zmieszane razem, wyglądały jak mało urocza siwa kupa.


Spray do ciała So...? to zwykły zwyklaczek. Jakiś czas temu skusiłam się na płatki nasączone zmywaczem do paznokci. Stwierdzam jednak, że koło zmywacza to one jednak nigdy nie stały i lepszy efekt uzyskałabym pocierając paznokieć suchą chusteczką. Wybielający zestaw do zębów Smile Bright, to coś czego nie zużyłam do końca z czystego lenistwa. Nie miałam ochoty na godzinne siedzenie z żelami i gumowymi nakładkami na zęby przez godzinę. No i te nakładki sprawiały, że śliniłam się jak rasowy bernardyn. Suplement diety na skórę, włosy i paznokcie jeszcze nie pozwolił na wyrobienie mi o sobie zdania. Ta fiolka starczyła mi jedynie na 20 dni więc jestem w trakcie drugiej kuracji. A zaczęłam brać te tabletki przerażona włosami wypadającymi mi wielkimi kłębami i paznokciami, które były w tragicznym stanie. Co prawda zauważyłam w tym tygodniu lekką poprawę ale to jeszcze za wcześnie na ocenienie sytuacji.


Nawilżane chusteczki do twarzy no name były trafione w połowie. Tej mokrzejszej połowie ;) ale mocny zapach mięty sprawił, że już nigdy po nie nie sięgnę. Maseczki do twarzy Montagne Jeunesse: malina i mango pachniała jak skisłe mango i o ile ta saszetki zazwyczaj starczają mi na trzy użycia, tą musiałam odesłać do denkowego woreczka już po pierwszym razie. Za to rozgrzewająca czekolada i pomarańcza to coś, po co sięgnę jeszcze nie raz. Może nie ze względu na rezultaty ale ze względu na piękny zapach i relaks jaki mi zafundowała. Antystresowa, ogórkowa maseczka peeling naprawdę miała w sobie coś co pozwoliło mi się odprężyć. Plus za bardzo łatwe ściąganie (peel off).

Jak poradziłam sobie w tym miesiącu? Znacie moich denkowców? Macie o nich takie same zdanie co ja?

                                                                                                         Buziaki,
                                                                                                                      Gosia

poniedziałek, 2 września 2013

Fakty faktami ale denka muszą się zgadzać. Sierpniowy Projekt Denko

Najpierw zrobiłam zdjęcia pustym opakowaniom żeby na spokojnie usiąść i nagrać też denkowy filmik. Niestety sąsiad mnie przechytrzył, i kiedy się mościłam na krześle, wjechał traktorem na pole obok - uroki mieszkania na wsi czyż nie. Dlatego dziękujcie sąsiadowi, że nie pojawi się tutaj link do YT ;)

Denkowania wciągnęło mnie niesamowicie i sprawia mi wielką przyjemność. Co prawda trzymanie w pokoju pustych opakowań jest trochę irytujące ale czego się nie robi dla satysfakcji z zdenkowania kosmetyków? Czego pozbyłam się w tym miesiącu?
Po zrobieniu grupowego zdjęcia próbowałam podzielić denkowców na kategorie co nie było łatwe bo prawie wszystko jej z innej parafii.
Zaczynając od pana po lewej czyli myjącym peelingu z żurawiną z Joanny, który zachwycił mnie swoim zapachem! Co prawda do ciała wydawał mi się być zbyt delikatny ale idealnie sprawdził się do peelingowania twarzy. No i butelka jest tak maciupeńka, że obawiałam się iż starczy jedynie na 3-4 aplikacje na całe ciało. Żele pod prysznic OS nadal mnie zadziwiają. Nie że to ich działanie mnie tak zdumiewa ale to jak szturmem podbiły blogosferę. Co prawda wersja limonkowa pachniała jak Skittles ale naprawdę czym się tu tak zachwycać? Miniaturka olejku Caudalie to, niestety, tylko 15ml szczęścia. Nie chciałam marnować tego cuda na ciało czy włosy ale nakładałam go co wieczór na twarz (bądź co bądź twarz mam nadal mniejszą niż pośladek) i takim sposobem cieszyłam się idealnie miękką i nawilżoną skórą przez ponad miesiąc. Spray rozjaśniający włosy John Frieda był odkryciem zeszłego roku. Rzeczywiście sukcesywnie rozjaśniał moje włosy. Mam jeszcze drugi egzemplarz razem z odżywką i szamponem z tej samej serii ale chyba dam sobie przerwę na jakiś czas. Nie chcę zniszczyć włosów. Dezodorant Garnier nie będzie miał tu żadnej recenzji. Dezodorant jak dezodorant. Za to pianka do mycia twarzy z L'Occitane to spory bubel. Powiem, że było to sporym zaskoczeniem bo krem do twarzy z tej samej serii był moim odkryciem roku 2011. Pianka nie oczyszczała ani trochę a i tak używałam jej jedynie rano. Niestety mam chyba gdzieś drugie opakowanie pianki.

Kolejny raz zdenkowałam suchy szampon Batiste. Nie mam porównania z innymi firmami ale Batiste na tyle mnie zadowala, że nie będe eksperymentować. Spray termoochronny z Aussie towarzyszł mi dłuuugi czas - gdyż iż ponieważ bardzo rzadko korzystam z suszarki/prostowiny/lokówki. Nie mogę się więc wypowiedzieć na temat jego działania bo nie używałam go regularnie.

Krem Nivea służył mi do wszystkiego: rąk, twarzy, ciała. Nie jest może on ideałem ale raz na jakiś czas pozwalałam sobie na zgrzeszenie ;) Nawilżający krem do twarzy Neutrogeny czasami wydawał się być zbyt lekki na moje potrzeby i, nie zawsze, ale często wyczuwałam w nim zapach plastiku. Jedynym plusem tego kremu było to, że zawiera SPF15. Mineralny krem do twarzy z tintem z Coola był strzałem w dziesiątkę w upalne dni, kiedy nie chciałam kłaść na twarz ciężkiego podkładu a kiedy chciałam mieć jednak coś na twarzy. Była to miniaturka z GlossyBox i szczerze żałowałam, że to tylko 7ml. Jakby nie było - starczyło na ponad miesiąc. Za to krem Total Moisture od BeneFit to dno i metr mułu. Czułam się jak w masce pod którą okropnie się pociłam. Jak dobrze, że była to tylko miniaturka!

Podczas gruntownych porządków znalazłam dwa eyelinery Essence, które mam od 2-3 lat a których nigdy nie używałam. Nie będe teraz ich testować prawda? Lakier do paznokci, też z Essence, zasechł na Amen. Eyeliner z Collection 2000  w ogóle się tu nie powinien pojawić! Nie wiem paczemu zrobiłam mu zdjęcie jako denkowcu? Niestety tusz do rzęs False Lash Flutter  L'Oreal nie spełnił moich oczekiwań. Sklejał rzęsy i okropnie się kruszył. Nigdy więcej!


Maseczka do twarzy przyjechała razem z siostrą z Hiszpanii ale jakoś nie podbiła mojego serca (maseczka znaczy się, nie siostra). Naklejki Essie pokazałam Wam na paznokciach kilka postów wstecz. Takiego koszmaru nigdy nie miałam na paznokciach! Próbka perfum Miss Dior okazała się być kawałkiem kartonika nasączonym zapachem. Chciałam zobaczyć jak zapach rozwinąłby się na mojej skórze ale niestety potarcie nadgarstka kartonikiem nie dało to żadnego efekty. Niemniej kartonik pachniał cudownie.

To wszystko w tym miesiącu. Macie doświadczenia z którymś z moich denkowców? Chętnie dowiem się co się u Was sprawdziło a co okazało się kompletnym niewypałem. 

                                                                                                          Buziaki,
                                                                                                   

niedziela, 3 marca 2013

Lutowe denko ... Oczekiwałam cię.

Cześć :)
Nigdy nie zgadniecie jak bardzo brakuje mi blogowania! Co prawda staram się podglądać Wasze blogi ale oglądanie zdjęć na małym wyświetlaczu telefonu to nie to samo. Postanowiłam jednak, że nie dam się problemom z Internetem i  denkowa notka pojawić się musi.
Co zdenkowałam w tym miesiącu?


Grupowe zdjęcie już za nami, pora na kilka słów o podejrzanych.


Veet plastry do depilacji dla skóry normalnej.  O ile zazwyczaj plastry Veet  nigdy nie robiły tego co miały robić o tyle ich różowa wersja mnie zachwyciła. Przekonałam się, że domowa depilacja plastrami może być bezbolesna, skuteczna i w miarę przyjemna. Na pewno kupię jeszcze raz, muszę tylko rozejrzeć się za większym opakowaniem z z 40 plastrami.


Garnier dwufazowy płyn do demakijażu. Pisałam już o nim tu klik, zdania nie zmieniłam. Mam już jego następcę ale może kiedyś do niego wrócę.

Nivea Baby Łagodny Szampon i Płyn do Kąpieli 2 w 1. Zdenkowany razem z mamą. Ona używała go jako szamponu, mi służył za coś do mycia pędzli. Mama twierdzi, że jako szampon spisał się dobrze. Nie podrażnił skóry głowy, miał delikatny zapach i kupi ponownie.


DKNY Be Delicious Fresh Blossom Juiced. Perfumy za którymi na początku szalałam potem ta miłość trochę osłabła żeby znowu zachwycić mnie ich zapachem. Niestety, Google podpowiada mi, że te perfumy były limitowaną edycją. Szkoda.

Thierry Mugler, próbka perfum Alien.  Kolejny zapach, który zawładnął moim sercem, muszą być moje!

Weleda, różany wygładzający krem na noc o którym pisałam niedawno, o tu klik. Niestety, moje przypuszczenia się sprawdziły i to on był sprawcą tego wysuszenia o którym Wam wspominałam. Na pewno nie pokuszę się o zakup niczego z tej serii.



Beeline,  Ginseng czyli kolejne witaminy tym razem w formie tabletek musujących. Nie zanotowałam niczego szczególnego w ich działaniu.

Berocca, Boost,  kolejna porcja witamin w tabletce. Nazbierało mi się takich produktów, próbuję je ‘wykończyć’ ale po jednej tabletce nadal nic nie wiem ;)

Amie, Spring Clean Cooling Mask. Maseczka, która dołączona była do She Said Beauty. Pachnie bardzo orzeźwiająco. A jak z działaniem? I tu zdania są podzielone. Moja siostra twierdzi, że zaraz po nałożeniu musiała ją zmyć bo zaczęła piec ją skóra. Za to my z mamą byłyśmy zadowolone z tej maseczki, nasza skóra była oczyszczona, miękka i przyjemna w dotyku. Chętnie kupiłabym ją jeszcze raz.




Brak Internetu sprawił, że jeszcze raz przetrzepałam moje zasoby kosmetyczne. Wygrzebałam cienie do powiek, których nie używałam i raczej nie będę używać. Cienie Essence, nie mam pojęcia jak one się u mnie znalazły bo nie są to kolory, których używam. Paletka cieni to kolejna rzecz, którą znalazłam w GlossyBox. Podobno te cienie są bardzo popularne w Hiszpanii. O ja niedobra! Nie poznałam się na nich! Dla mnie są słabo napigmentowane a ta zieleń trochę mnie przeraża. Jak dla mnie za bardzo pachną taniochą.



W tym miesiącu do kosza trafił też tusz Essence o którym pisałam tu klik. Leżał nie używany od kilku miesięcy, to już ten czas na pozbycie się go.

Nadszedł też czas na Kohl w tubce. Niestety, zapomniałam o tym arabskim cudzie, który zdążył wyschnąć. Swego czasu baaardzo się z nim lubiłam, chętnie nabyłabym drugi egzemplarz ale nie wiem nawet gdzie tego tutaj szukać.

To by było wszystko w tym miesiącu, jestem dumna ze swojego denka :)  Tymczasem biegnę popatrzeć na Wasze dokonania chociaż wiem, że moje zużycia nie dorastają do pięt zużyciom niektórych z Was ale zobaczycie, jeszcze kiedyś Was prześcignę ;)

                                                                                                               Buziaki, 
                                                                                                          

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...