Tegoroczny projekt Kolekcja na środę to największy dowód na to, że jestem słaba w systematyczności i zawsze zostawiam wszystko na ostatnią chwilę a nawet kilka dni po ;) Już miałam wspomnieć, że moja kolekcja rozświetlaczy, bronzerów i róży (różów?) aż tak bardzo nie zmieniła się od zeszłego roku a jednak spojrzałam na tamte zdjęcia i są pewne zmiany ... chyba jednak na lepsze bo jestem w pełni zadowolona z tego co mam i nie planuję adopcji kolejnych egzemplarzy (jeszcze nie!). Postaram się Was nie zanudzić, zapraszam do podejrzenia mojej gromadki.
środa, 11 listopada 2015
poniedziałek, 10 sierpnia 2015
Czerwcowo-lipcowe zużycia kosmetyczne
O ile pamięć mnie nie myli to niemal od początku prowadzenia bloga okres wakacyjny to zawsze czas kiedy jak wyrodna matka porzucam swoje dziecko. Ot, niektórzy wypoczywają w tym okresie a niektórzy cierpią na brak czasu spowodowany pracą, są na sali jakieś kelnerki? Mimo to, co jakiś czas z tęsknotą myślę o LilOddiette i obiecuję sobie powrót. Mam tak dużo zaległości, że nie wiem w co włożyć ręce, chciałabym pokazać Wam wszystko bo trafiłam na kilka fajnych produktów. Na pewno będzie tu więcej kolorówki niż pielęgnacji, nie przepadam za recenzjami produktów pielęgnacyjnych i ciężko pokazać na zdjęciach ich efekty.
Mogę jednak Was zapewnić, że nie zmieniło się jedno - nadal szaleję za produktami do ust, ta obsesja chyba nigdy się nie skończy. Jednak zanim na blogu pojawią się recenzje szminek warto zrobić porządek w ostatnich zużyciach kosmetycznych.
Kiedy w zeszłym roku kupiłam buteleczkę samoopalacza WOW Brown Ready to Glo nie spodziewałam się po nim zbyt wiele. A jednak to najlepszy taki produkt jaki do tej pory testowałam - daje bardzo naturalny i długotrwały efekt, nie śmierdzi, nadaje się do użycia na twarz - nie znalazłam w nim ani jednej wady. Na pewno do niego wrócę. Dwa żele pod prysznic z Dove to nic szczególnego, myją bo myją ale zapachowo są takie sobie. Pianka do golenia Gillette to bubel jakich mało, powodowała u mnie okropne podrażnienia. Zdzierak do ciała The Breakfast Scrub z Soap&Glory oczarował mnie swoim zapachem, cudowne połączenia bananów, miodu i syropu klonowego, przypomina mi coś co już znam, miałam ale za nic nie pamiętam co to było. To całkiem mocny peeling ale nie da się zrobić nim sobie krzywdy. Polecam!
Fioletowy szampon i odżywka do blond włosów z Provoke nie raz i nie dwa pojawiały się już na blogu, są naprawdę najlepsze w swojej kategorii. Odżywka do blond włosów z serii Sheer Blonde z John Frieda lepiej sprawowała się odkąd mam krótkie włosy, nie wiem od czego to zależy.
O czyściku do twarzy Dark Angels z LUSH pisałam tu KLIK i zdanie podtrzymuję, to świetny produkt ale nie do cery suchej/normalnej. Woda micelarna Garnier to mój hit, nie wiem ile opakowań udało mi się już zużyć. Effaclar Duo+ z La Roche Posay sprawował się dokładnie tak samo jak starsza, bezplusowa wersja, naprawdę nie widziałam między nimi różnicy.
Po raz kolejny udowodniłam sobie, że minerały sprawdzają się u mnie jedynie w chłodne dni, oryginalna wersja podkładu bareMinerals w odcieniu Golden Medium całkiem ładnie komponowała się z opalenizną z butelki. Lakier nawierzchniowy Sally Hansen Advanced Hard as Nails dobrze utwierdzała lakier, używana solo przez dłuższy okres sprawiała, że paznokcie stały się twarde i szybciej rosły. Saszetkowo nie zaszalałam co widać na zdjęciu, nic mnie nie zachwyciło na tyle żeby się rozpisać.
To ja zostawiam Was ze śmieciami i lecę przygotować recenzję pewnych dwóch mazideł do ust. Do zobaczenia!
piątek, 22 maja 2015
Kwietniowo-majowe zużycia kosmetyczne
Dopiero teraz dociera do mnie jak wiele zaległości narobiłam sobie przez tą kilkumiesięczną przerwę od blogowania. Powrót zapoczątkował post o nowościach, myślę, że warto rozliczyć się też z moich zużyć przez ten czas. Niestety, karta pamięci do aparatu tak jak i mój blog zrobiła kaput i straciłam masę zdjęć czego nie mogę odżałować. Dlatego zużycia na zdjęciu pochodzą tylko z okresu kwietniowo-majowego, ale nawet jak na dwa miesiące zużywania bez żadnej spiny nie jest źle, zresztą, po co przejmować się śmieciami ;)
To już któraś z rzędu zużyta butelka pianki do mycia twarzy z Boots, bardzo dobrze oczyszcza skórę twarzy ale jej nie podrażnia. Równie często sięgam po wodę micelarną z Garnier, to już enta zużyta butelka. Zużyłam też miniaturę kremu pod oczy It's potent! z Benefit ale nie mam w planach sięgnięcia po pełnowymiarowy produkt. Za to tusz do rzęs Roller Lash z tej samej firmy zrobił u mnie efekt wow, jestem nim oczarowana i mam w planach zakup pełnowymiarowy tusz.
Przy okazji zużyłam też kilka próbek - Puff off! zupełnie bez szału, tak samo jak Flowerbomb ale już kiedyś mówiłam, że to nie jest mój zapach. Próbki lekkiego kremu koloryzujący Complexion Rescue z bareMinerals przekonały mnie do sięgnięcia po pełnowymiarowy produkt, myślę, że dobrze sprawdzi się w okresie wakacji.
To wszystko co znalazłam w denkowym woreczku, a teraz lecę nadrabiać zaległości ;)
piątek, 6 lutego 2015
Soap&Glory / bronzer Solar Powder
Uwielbiam bronzery! Podczas letnich miesięcy z powodzeniem służą mi do podkreślenia opalenizny, w zimie pomagają mi wykreować twarz muśniętą słońcem. Moim ulubionym bronzerem bez wątpienia jest Refined Golden z MAC ale nadal testuję wiele nowości. W zeszłym roku wpadł do mnie bronzer Solar Powder z Soap&Glory (15e/9g), dla mnie duża niespodzianka bo przez długi czas marka kojarzyła mi się jedynie z produktami do ciała. Odkąd w moim Boots pojawiła się szafa z kolorówką tej firmy często do niej podchodzę ale bardzo rzadko zdarza się żeby coś wpadło mi w oko.
Bronzer schowany jest w przeuroczym retro kartoniku, to dość spory minus, mimo że nie noszę go w torebce a leży tylko na toaletce opakowanie jest już trochę przetarte, o wiele bardziej preferuję plastikowe opakowania niż takie liche tekturki.
Solar Powder podzielony jest na dwie części - jasny, mlecznoczekoladowy i ciemniejszy, czekoladowy matowy brąz. Wytłoczone logo S&G to przepiękny, różowozłoty shimmer - niestety to tylko spray, odkryłam to po kilku ruchach pędzla, który zdarł tą pierwszą warstwę odkrywając zwykły bronzer.
Sam bronzer nie pyli się, ma świetną, niemal maślaną konsystencję. Jest bardzo dobrze napigmentowany, wystarczy jedno machnięcie pędzlem i warto zaznaczyć, że łatwo z nim przesadzić. Na twarzy ma świetną przyczepność, utrzymuje się na mnie około 10 godzin.
Łatwo zauważyć, że nie poświęciłam zbyt wiele kolorowi tego bronzera. Według zapewnień Soap&Glory, Solar Powder występuje w uniwersalnym odcieniu Bronzo, według mnie bardzo wpada w pomarańczowe tony i w zależności od dnia i ilości nałożonego produktu uzyskuję albo brudny efekt albo lekkie i miękkie muśnięcie słońcem. Nie lubię takiej ruletki i dlatego rzadko sięgam po ten bronzer.
poniedziałek, 2 lutego 2015
Styczniowe zużycia kosmetyczne
Pierwszy miesiąc nowego roku za mną, minął jak w oka mgnieniu a dodatkowo nie przyniósł ze sobą zbyt dobrych wiadomości. Styczeń nie był też obfity kosmetycznie, ani nie poczyniłam żadnych zakupów ani nie poszalałam z zużyciami, ot, spotkało mnie zmęczenie materiału. Niemniej stwierdzam, że podobają mi się moje pustaki, nie jest tego dużo, ale w większości to kolorówka, która zrobiła miejsce dla nowych kosmetyków ;-)
Od roku nie rozstaję się z szamponem i odżywką do blond włosów z Provoke, ten duet nie pozwala włosom na nabranie żółtych tonów.
Wykończyłam też miniaturę płynnego podkładu z bareMinerals, mam jeszcze całe, pełnowymiarowe opakowanie. Całkiem przyjemny podkład, dłuższe używanie sprawia, że skóra jest znacznie gładsza i nawilżona. Korektor/rozświetlacz La Touche Magique z L'Oreal to tańsza wersja rozświetlacza YSL. Jest to dobry korektor, lubiłam używać go do konturowania twarzy. Jeszcze się spotkamy, chociaż może sięgnę po jego nowszą wersję. Puder w kompakcie Hello Flawless z Benefit niczym mnie nie zachwycił, zwykły puder z całkiem dobrym kryciem, ale tylko solo i w małych ilościach. No i miniatura tuszu do rzęs They're Real, też z Benefit. Tusz na początku wydawał mi się ogromnym badziewiem sklejającym rzęsy, ale w okresie okołoświąteczn nie wyobrażałam sobie mojego makijażu bez tego pana. Mocno podkreślone, pogrubione i wydłużone rzęsy, cudeńko.
Jaki dla Was był styczeń?
środa, 19 listopada 2014
Soap&Glory / Butter Yourself, masło do ciała
Nigdy nie ukrywałam, że nie znoszę się smarować balsamami, masłami, mleczkami i wszystkimi innymi. Jestem okropnym leniem i nie chce mi się ;) oczywiście, potem za to odpłacam suchą skórą, chociaż ... tylko łydki mnie nie lubią. Nawilżam się bardzo rzadko mimo że specyfików do tego mam hoho i jeszcze trochę. Niezależnie od mojej niechęci do nawilżaczy do ciała lubię je kupować, wybieram wtedy tylko i wyłącznie masła, nie znoszę lejących, mleczkowatych konsystencji. Jakiś czas temu dość mocno testowałam produkty Soap&Glory, z tego okresu pochodzi masło do ciała Butter Yourself (ok.10e/300ml).
Butter Yourself to bogate masło z kwasami AHA, masłem shea, olejkiem miętowym i sokiem pomarańczowym, całe morze wspaniałości. Masło ma bardzo zbitą, gęstą konsystencję, jak bardzo mocno ubita śmietana. Z lekkością sunie po skórze ciała, bardzo szybko się wchłania i nawilża, nie lepi się. Różnicę widzę już po pierwszym użyciu a sięgam po niego tylko wtedy kiedy jest naprawdę źle.
Czy ma jakieś minusy? Tak, jeden i to dość spory. Jego zapach, niby owocowy ale bardzo sztuczny, pachnie dość kwaśno, tak jakby jego składniki nie potrafiły się zgrać. Co najgorsze, ten smród utrzymuje się długo, jest mocny i przebija zapachy innych produktów. Dlatego ląduje u mnie tylko na łydkach. Nie mogę przez to nic powiedzieć o jego wydajności, ale na łydki nie potrzebuję wiele ;)
Lubię Soap&Glory ale to masło okazało się śmierdzącym niewypałem,zupełnie straciłam ochotę na eksperymentowanie z nawilżaczami tej firmy.
sobota, 1 listopada 2014
Październikowe zużycia kosmetyczne
Nie będę oryginalna. Październik, jak każdy inny miesiąc w tym roku, minął w oka mgnieniu. Podobno do końca roku zostało 60 dni, czyli niecałe 50 dni na ogarnięcie prezentów świątecznych (ktoś już zaczął), 60 dni na zużycie tony kosmetyków jakie mam i 60 dni na obmyślenie planu na przyszły rok. Coś mi się nie podoba ta dorosłość. Wróćmy więc do bardziej trywialnych rzeczy i pozwólcie, że pochwalę się swoimi śmieciami.
Provoke Touch of Silver - szampon i odżywka do blond włosów. Uwielbiam ten duet za to, że ochładza moje farbowane włosy, odkąd używam tej dwójki moje włosy nie trącą już kanarkiem. Dokupiłam nowe opakowania.
poniedziałek, 8 września 2014
Soap&Glory / Peach Party
Ręka w górę kto Soap&Glory kojarzy jedynie z produktami pielęgnacyjnymi? Ja sama należałam do tej grupy osób przez całe wieki dopóki w moim Boots nie postawili szafy z kolorówką tej firmy. Jak już postawili to długo nie mogłam się na nic zdecydować - bo tusze do rzęs mnie nie kręciły, mazidła do ust też nie bardzo i po długich pertraktacjach sama z sobą wybrałam Peach Party, róż do twarzy w odcieniu Apricot Jam (14euro/7.5g).
Ów róż odrobinę przypomina mi Shimmer Brick w odcieniu Nectar od Bobbi Brown bowiem składa się z segmentów w podobnych odcieniach co Nectar, tyle że kosztuje o wiele mniej. Peach Party to pełne koloru koło podzielone na róż, brzoskwinię, miedź i perłowe, rozświetlające złoto. Mimo wskazówek
Akurat w tym przypadku opakowanie jest porządne, plastikowe i trwałe, z lusterkiem w środku - Soap&Glory ma w swojej ofercie produkty zapakowane w liche tekturki.
Peach Party podzielone jest na dwa miedziane segmenty, dwa perłowe i dwa brzoskwiniowe segmenty i aż cztery różowe segmenty. Mimo wszystko miedź bardzo tutaj dominuje i często omijam ją i pędzlem dotykam jedynie te jasne kolory a brąz sporadycznie ląduje na powiekach. Wspomniane segmenty koloru są dość wąskie dlatego ciężko byłoby używać każdego koloru do innego zadania, różu, rozświetlenia czy konturowania. Muszę jednak dodać, że zupełnie nie zgadzam się z instrukcją zawartą z tyłu opakowania, miedziany brąz nie nadaje się do konturowania, ma w sobie za dużo blasku. Zresztą, każdy z kolorów mieni się, błyszczy i odbija światło.
Peach Party jest bardzo drobno zmielony, jedwabisty i bardzo delikatny w dotyku. Jest idealnie łatwy w blendowaniu a do tego bardzo wydajny. Nie mogę niestety porównać go do Shimmer Brick ale wydają się być dość podobne.
czwartek, 7 sierpnia 2014
Lipcowe nowości kosmetyczne
Lipiec ani razu nie zasugerował, że się skończył. Ot tak, raz zajrzałam w kalendarz i uświadomiłam sobie, że mamy już pierwszy tydzień sierpnia. Taka niespodzianka. Lipiec upłynął pod znakiem zakupowego tumiwisizmu, nie miałam chciejstw ani potrzeb, nie chciało mi się robić większych zakupów - naprawdę myślałam, że skończy się na kilku produktach. Ostatni tydzień miesiąca nagle przyniósł kilka chciejstw i wyszło jak zawsze. Nie planuję jednak żadnych zakupów w sierpniu, oprócz tych najpilniejszych, potrzebuję przerwy.
Seria Shiseido Ibuki wpadła mi w oko już jakiś czas temu, jednak dopiero teraz udało mi się dorwać zestaw startowy. Widziałam same pozytywne opinie o tych produktach więc jestem do nich dobrze nastawiona, chociaż zdaję sobie sprawę, że u mnie mogą się zupełnie nie sprawdzić. Czarny jak węgiel czyścik do twarzy Dark Angels z LUSH będzie następcą LTGTR. Już niedługo pójdzie w obroty.
Limitowana edycja Catrice to też cień w kredce Mermaid it, jego trwałość i kolor powalają na kolana. Stwierdziłam też, że brakuje mi kolorowych kredek do kresek tak więc trafiły do mnie: MACowy Petrol Blue, Emerald City i Purple to kredki z NYX. Sięgnęłam też po Jumbo Eye Pencil w kolorze Cobalt z tej samej firmy. Zawieruszył się tu też pędzelek do brwi, który był mi potrzebny a który kupiłam za grosze. Ostatni produkt to BROWdrama z Maybelline. Używam go od kilku tygodni ale nie jest to chyba coś po co będę regularnie sięgać.
czwartek, 17 lipca 2014
Moja aktualna pielęgnacja twarzy
Patrząc na mojego bloga możnaby odnieść wrażenie, że z pielęgnacją jestem na bakier. To, że o wiele bardziej lubię pisać o kolorówce nie znaczy, że podkład nakładam na nieumytą twarz a kotom daję buziaki spierzchniętymi ustami. Postanowiłam więc zebrać wszystkie kosmetyki pielęgnacyjne których teraz używam w jeden post. Koniec zeszłego roku przyniósł ze sobą nieciekawe wypryski, które udało mi się zwalczyć a aktualnie moja cera jest mieszana w kierunku suchej. Na zdjęciach przewinie się sporo produktów, nie znaczy to, że każdy z nich nakładam codziennie. Niektóre z nich używane są raz w tygodniu, niektóre co drugi dzień. Nie ze wszystkich produktów jestem zadowolona w 100% ale najważniejsze, że mój plan pielęgnacyjny działa i nie mam już większych problemów z cerą, na zmiany przyjdzie czas niedługo.
Dzień zaczynam od umycia twarzy pianką z wyciągami z drzewa herbacianego i oczaru wirginijskiego, którą kupiłam w Boots. Kosztowała grosze a jest naprawdę godna polecenia, nie podrażnia skóry twarzy, nie ściąga jej a delikatnie oczyszcza z nocnych zanieczyszczeń. Tonizuję się produktem z Clarins - Extra Comfort Toning Lotion. Nie jest to produkt idealny, potrzebuje czasu żeby się wchłonąć ale odświeża cerę i przygotowuje ją do dalszych zabiegów.
Pod oczami ląduje żel Stop the Clock z Bia Beauty. Jedno jest pewne, po zdenkowaniu go na pewno sięgnę po coś innego. Nie przemawia do mnie jego śluzowata konsystencja i znikome nawilżenie. Buzię nawilżam kremem Garden Roses z Make Me Bio. Wystarczy naprawdę odrobina żeby skóra była miękka w dotyku i przygotowana do makijażu .
Opcjonalnie, kiedy nie wychodzę z domu na twarz, i tak naprawdę na całe ciało, nakładam Bio-Oil. Niestety, ospa zostawiła po sobie niezbyt urocze ślady i jestem zdeterminowana żeby je wytępić. I znowu, tym bardziej jeszcze bardziej opcjonalnie, w dni kiedy nie noszę makijażu na pyszczku ląduje Vichy Capital Soleil Spf 50. Wersja matująca, która nie bieli, świetnie się wchłania. Jestem przeciwna takim praktykom ale zrobiłam kilka testów pod tym kątem - pod makijażem też świetnie się sprawdza.
Wieczorny rytuał zaczynam od demakijażu. Tu do akcji wkracza Bioderma Sebium H2O. Nie mam porównania do tej słynnej różowej wersji ale robi to co ma robić. Potem myję twarz moim najnowszym dobytkiem, Deep Pore Charcoal Cleanser z Biore. Podobno to ulubiony produkt najmłodszych sióstr Kardashian, to czy i ja go polubię okaże się za jakiś czas. Tydzień to stanowczo za mało na jakiekolwiek osądy. Na końcu twarz przemywam tonikiem z fizjologicznym pH czyli Physiological Soothing Toner z La Roche-Posay. Pozbywa się wszelkich resztek makijażu, które mogły się uchować, odświeża twarz i, znowu, przygotowuje ją do dalszych zabiegów.
Kiedy pisałam recenzję kremu/masła kakowego do twarzy z Ziaji, nie sądziłam, że wrócę do niego po kilku miesiącach żeby stwierdzić, że stosowany raz na kilka dni ładnie poprawia koloryt twarzy. Effeclar Duo wyprowadził moją cerę na prostą a Effeclar K pilnuje żeby nie pojawiły się na niej kolejne niespodzianki. Używam go co drugą noc, jedynie na strefę T. A kiedy potrzebuję porządnej dawki nawilżenia na twarzy ląduje mocno nawilżający Hydreane Riche, też z La Roche-Posay. To naprawdę produkt godny polecenia.
Peelingowo nie szaleję. Nadal zużywam mój zapas Let The Good Times Roll z LUSH. To mój ulubiony czyścik tej firmy i myślę, że zawsze będzie u mnie gościł. Jakiś czas temu naszło mnie na peeling enzymatyczny a wybór padł na Ziaję Nuno. W tym samym czasie zaczęłam trzy kroki Clinique i na twarzy pojawiła mi się piękna kaszka dlatego musiałam odstawić ten peeling.Teraz znowu do niego wróciłam, bardzo ostrożnie, nie do końca systematycznie. Wielkich efektów nie widzę ale to pewnie przez moją nieregularność.
W koszyczku z próbkami mam dziesiątki saszetek z maseczkami dlatego nie sięgam po duże tuby z tymi specyfikami. Jednak w zeszłym roku skusiłam się na No Clogs Allowed z Soap&Glory . Jest już na wykończeniu i mimo że bardzo ją lubię nie kupię jej po raz kolejny. Obok niej to Masque Creme Fraiche de Beaute z Nuxe. Dostałam ją jakiś czas temu i jestem zachwycona jej właściwościami nawilżającymi, jednak ma też swoje słabe strony.
I już takie dodatkowe produkty. Maseczki na twarzy często dokarmiam wodą termalną, tym razem mam tą z La Roche-Posay. Wypryski pojawiają się u mnie bardzo rzadko ale jak już są to traktuję je Grease Lightning z LUSH. Nie jest to żadna torpeda w tej kwestii ale delikatnie je zmniejsza. Kolejny LUSHowy produkt po który często sięgam niestety nie załapał się na zdjęcie ale ichni peeling do ust o zapachu Bubblegum zostawia usta gładkie i gotowe na porcję miodku do ust Reve de Miel z Nuxe. W swoim zbiorze mam sporo produktów do ust ale ten balsam jest wśród nich numerem jeden.
To już wszystko. Nie wiem czy tak naprawdę jest tego dużo czy mało, dla mnie to ilość zadowalająca i spełniająca moje potrzeby. A jak wygląda Wasza pielęgnacja twarzy?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
