wtorek, 4 marca 2014

Lutowy Projekt Denko

Wow, nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem ale jestem pod wrażeniem tego co udało mi się zdenkować w lutym. Nie przywiązywałam do tego zbyt wielkiej wagi a prawie codziennie coś lądowało w denkowym worku. Wydaje mi się, że im mniej przejmuję denkowaniem tym więcej mam pustaków ;-)  chyba trochę się zakręciłam więc przejdę do zaprezentowania lutowych denek.


Prawda, że jest tego sporo? A na pewno o wiele więcej niż w zeszłym miesiącu.



Chyba już wspominałam, że w Irlandii jest bardzo mały wybór płynów micelarnych dlatego kiedy na sklepowej półce wypatrzyłam Skin Perfection 3in1 Puryfing Micellar Solution L'Oreal wzięłam od razu dwie butelki. Na razie zostanę przy tym micelu, świetnie zmywa makijaż, nie podrażna i jest tani jak barszcz. Co prawda chcialabym jeszcze przetestować płyn z Garnier ale nigdzie nie mogę go znaleźć. Coraz bardziej skłaniam się ku stwierdzeniu, że Soap&Glory może poszczycić się tylko produktami do ciała. Mleczko do mycia twarzy Peaches&Clean to niemały niewypał. Ani nie zmywało dobrze ani nie okazało się wydajne bo kiedy w opakowaniu zostało 1/4 mleczka, pompka odmówiła współpracy. Kaplica, kaput i do worka z pustakami. Spray misty for me anatomicals dostałam w wakacje w Glossybox. Używałam tego sprayu jako tonik, odświeżał i przyjemnie pachniał.

Chyba nie mam już w zapasach żadnego żelu pod prysznic Original Source, i dobrze bo te żele już mi zbrzydły. Miętowa wersja była bardzo rześka i umilała mi prysznice jednak nadal twierdzę, że te żele są bardzio przereklamowane. Lakier do włosów Pantene Pro-V służył mi bardzo długo ale jak najbardziej go polubiłam. Utwardzał fryzurę bez efektu hełmu. Zmywacz do paznokci Byphasse zachowywał się po prostu jak zmywacz ;-) w zamian używam teraz zmywacza Sally Hansen.

Udało mi się też zużyć miniaturkę Tonique Douceur Lancome, który okazał się być całkiem całkiem. Mam coraz większą ochotę na poznanie pielęgnacji tej firmy. Mleczko Galateis Douceur nie do końca przypadło mi do gustu ale tylko dlatego, że taka konsystencja nie jest moją ulubioną. LUSHowe opakowania kryły w sobie dwie maseczki do twarzy Ayesha BB Seaweed, bodajże obie na bazie glinki. Zużycie ich zajęło mi sporo czasu i nadal nie wiem co o nich myśleć. 



Aaa, kolorówka! Wychodzę z założenia, że kolorowe kosmetyki nie są do zużywania a do używania ale nadal cieszę się kiedy uda mi się coś zużyć. Tusz do rzęs the Colossal Volume Express Maybelline świetnie podkreślał rzęsy nadając im nie tylko objętości ale i długości. Nie przepadam za drogeryjnymi tuszami do rzęs ale już byłam skłonna kupić go ponownie kiedy ... wysechł na wiór zaledwie po dwóch tygodniach. Szkoda. Puder do twarzy Mineralize Skinfinish Natural MAC to juz moje drugie opakowanie, które zużyłam. To mój ulubieniec ale chyba potrzebuję czegoś nowego i świeżego więc raczej go nie kupię ponownie przez najbliższych kilka miesięcy. Eyeliner w płynie no name kupiony jakiś czas na eBay to istna porażka. Po wyschnięciu można było go odklejać niczym kawałki kleju. Kolejny tusz do rzęs Hypnose Lancome pokazywałam już jakiś czas na blogu (linka nie będzie bo nie ogarniam linkowania na tablecie;)). Cudownie podkreślał rzęsy ale uwielbiam testować nowe tusze więc ten już się u mnie nie pojawi. Recenzja pomadki do ust Corralize me! Essence była jedną z pierwszych, które pojawiły się u mnie na blogu. Potem kolor jak i sama pomadka mi zbrzydły a ja trzymałam jà chyba tylko z sentymentu. Jednak nadeszła pora na pozbycie się śmieci.


Serum do twarzy Idealia Vichy pojawia się w denkowcach już któryś raz z kolei. Jednak nadal nie zmieniłam zdania co do tego specyfiku. Po kilkunastu minutach od nałożenia roluje sie na twarzy i zostawia na niej wiórki. Miniatura kremu do twarzy Yin Yang naprawdę mnie zachwyciła bo cudownie nawilżał twarz. Jednak nie pokuszę się o zakup pełnowymiarowego kosmetyku bo jego mała dostępność mnie do tego nie zachęca. Punktowy żel na pryszcze Normaderm Hyaluspot,też z Vichy okazał się u mnie niewypałem. Moja siostra była nim zachwycona, zresztą napisala u mnie jego recenzję, a umnie zupełnie się nie sprawdził. Nie robił nic. I 'starter kit' Dermablend, znowu z Vichy, wyrzucam bo kolory są baaardzo ciemne więc za nic nie uda mi się go nawet liznąć.

To wszystko w tym miesiącu - sporo, prawda? Jestem ciekawa czy znacie moich denkowców i czy podzielacie moje zdanie o nich? Jak Wasze denka w lutym? 

                                                                                  Buziaki, 
                                                                               Gosia

sobota, 7 grudnia 2013

Listopadowy Projekt Denko

Ostatnio trochę mnie mniej w blogosferze. Przybyło mi trochę nowych obowiązkowych przez co nie mam już tyle czasu co do tej pory na blogowanie. Okropnie mi z tego powodu przykro ale liczę, że nauczę się lepszej organizacji i wyskrobię odrobinę czasu na lepszą opiekę nad LilOddiette.
W listopadzie nie poszalałam z denkowaniem, zużyłam o wiele mniej niż kupiłam ale pocieszam się, że grudzień będzie dla mnie łaskawszy pod względem denkowania. Oby!


Mówiłam, że jest tego malutko? A skoro grupowe zdjęcie mamy już za sobą przejdźmy do bliższego poznania denkowców.


 Żel pod prysznic Original Source o zapachu cytryny i drzewa herbacianego. Szczerze mówiąc nie potrafię teraz przywołać tego zapachu więc podejrzewam, że nie porwał mojego zmysły powonienia. Już jestem szczerze przekonana, że żele OS nie są dla mnie i nie wiem skąd ten szał na nie. Kolejny żel pod prysznic od Balea. Miała być pomarańcza a był jakiś chemiczny smrodek. Nigdy więcej. I szampon do włosów produkowany dla Superdrug - naprawdę nie wiem dlaczego go kupiłam. Używałam go tylko raz na jakiś czas po okazał się być bardzo oczyszczający, co bym przekłknęła, ale zostawiał mi na głowie okropną szopę.


Baza pod podkład Rimmel zużyłam bo zużyłam ale szału nie było - pozostawiała okropną tłustą powłokę na twarzy. Sztuczne rzęsy Eylure, które dostałam w GB. Były gotowe do przyklejenia ale co z tego skoro kiedy odklejałam je od opakowania pasek kleju na nim został? Nie chciało mi się z tym bawić. Woda w sprayu Balea - woda jak woda. Używałam jej do odświeżenia maseczek.


Błyszczyk MAC, który miałam tak długo, że już nie pamiętam jakie miał wykończenie i kolor  a wszystkie napisy się starły. Bardzo go lubiłam, miał delikatny różowy kolor i nienachalne drobinki. Odżywka do paznokci Eveline. Wiem, że wielu z Was zrobiła krzywdę ale mi pomogła odzyskać zdrowe, twarde i długie paznokcie. Mam nadzieję, że niedługo uda mi się ją dostać na ebay.
Tusz do rzęs GOSH też dostałam w GlossyBox. Miał wydłużać co robił świetnie ale kilka dni temu odkręcając szczoteczkę, trzonek (górna część trzonka?) oderwał się od szczoteczki i ta została w środku. Co było zrobić? Musiałam wyrzucić. Kolejny tusz do rzęs tym razem od L'oreal był moim drogeryjnym ulubieńcem. Miał jednak jedną wadę, tusz gromadził się przy wlocie i zostawał po boku zastygając i tworząc nieestetyczny glucik. Smuteczek.


Balsam pod prysznic Nivea to śmiech na sali i nie wiem dlaczego był na niego taki szał. Serum do twarzy Vichy pachniał bardzo przyjemnie bo cytrusowo. Maseczka do twarzy z serum nawilżającym Montagne Jeunesse to produkt do którego nie wrócę. O ile maseczka mnie zadowoliła o tyle serum, które nałożyłam na twarz po zmyciu maseczki rozczarował. Rano wstałam z cudownymi farfoclami na twarzy. Krem BB Dior, oczywiście koło prawdziwego BB nie stał ale był całkiem miły w użyciu. Na zimę potrzebuję mocniejszego krycia ale zgłębię jeszcze temat tego BB przed nadejściem lata.

To tyle w tym miesiącu :) Znacie któryś z tych kosmetyków? Jak poszło Wam denkowanie w listopadzie?

                                                                                                                              Buziaki,
                                                                                                                                    Gosia

poniedziałek, 2 września 2013

Fakty faktami ale denka muszą się zgadzać. Sierpniowy Projekt Denko

Najpierw zrobiłam zdjęcia pustym opakowaniom żeby na spokojnie usiąść i nagrać też denkowy filmik. Niestety sąsiad mnie przechytrzył, i kiedy się mościłam na krześle, wjechał traktorem na pole obok - uroki mieszkania na wsi czyż nie. Dlatego dziękujcie sąsiadowi, że nie pojawi się tutaj link do YT ;)

Denkowania wciągnęło mnie niesamowicie i sprawia mi wielką przyjemność. Co prawda trzymanie w pokoju pustych opakowań jest trochę irytujące ale czego się nie robi dla satysfakcji z zdenkowania kosmetyków? Czego pozbyłam się w tym miesiącu?
Po zrobieniu grupowego zdjęcia próbowałam podzielić denkowców na kategorie co nie było łatwe bo prawie wszystko jej z innej parafii.
Zaczynając od pana po lewej czyli myjącym peelingu z żurawiną z Joanny, który zachwycił mnie swoim zapachem! Co prawda do ciała wydawał mi się być zbyt delikatny ale idealnie sprawdził się do peelingowania twarzy. No i butelka jest tak maciupeńka, że obawiałam się iż starczy jedynie na 3-4 aplikacje na całe ciało. Żele pod prysznic OS nadal mnie zadziwiają. Nie że to ich działanie mnie tak zdumiewa ale to jak szturmem podbiły blogosferę. Co prawda wersja limonkowa pachniała jak Skittles ale naprawdę czym się tu tak zachwycać? Miniaturka olejku Caudalie to, niestety, tylko 15ml szczęścia. Nie chciałam marnować tego cuda na ciało czy włosy ale nakładałam go co wieczór na twarz (bądź co bądź twarz mam nadal mniejszą niż pośladek) i takim sposobem cieszyłam się idealnie miękką i nawilżoną skórą przez ponad miesiąc. Spray rozjaśniający włosy John Frieda był odkryciem zeszłego roku. Rzeczywiście sukcesywnie rozjaśniał moje włosy. Mam jeszcze drugi egzemplarz razem z odżywką i szamponem z tej samej serii ale chyba dam sobie przerwę na jakiś czas. Nie chcę zniszczyć włosów. Dezodorant Garnier nie będzie miał tu żadnej recenzji. Dezodorant jak dezodorant. Za to pianka do mycia twarzy z L'Occitane to spory bubel. Powiem, że było to sporym zaskoczeniem bo krem do twarzy z tej samej serii był moim odkryciem roku 2011. Pianka nie oczyszczała ani trochę a i tak używałam jej jedynie rano. Niestety mam chyba gdzieś drugie opakowanie pianki.

Kolejny raz zdenkowałam suchy szampon Batiste. Nie mam porównania z innymi firmami ale Batiste na tyle mnie zadowala, że nie będe eksperymentować. Spray termoochronny z Aussie towarzyszł mi dłuuugi czas - gdyż iż ponieważ bardzo rzadko korzystam z suszarki/prostowiny/lokówki. Nie mogę się więc wypowiedzieć na temat jego działania bo nie używałam go regularnie.

Krem Nivea służył mi do wszystkiego: rąk, twarzy, ciała. Nie jest może on ideałem ale raz na jakiś czas pozwalałam sobie na zgrzeszenie ;) Nawilżający krem do twarzy Neutrogeny czasami wydawał się być zbyt lekki na moje potrzeby i, nie zawsze, ale często wyczuwałam w nim zapach plastiku. Jedynym plusem tego kremu było to, że zawiera SPF15. Mineralny krem do twarzy z tintem z Coola był strzałem w dziesiątkę w upalne dni, kiedy nie chciałam kłaść na twarz ciężkiego podkładu a kiedy chciałam mieć jednak coś na twarzy. Była to miniaturka z GlossyBox i szczerze żałowałam, że to tylko 7ml. Jakby nie było - starczyło na ponad miesiąc. Za to krem Total Moisture od BeneFit to dno i metr mułu. Czułam się jak w masce pod którą okropnie się pociłam. Jak dobrze, że była to tylko miniaturka!

Podczas gruntownych porządków znalazłam dwa eyelinery Essence, które mam od 2-3 lat a których nigdy nie używałam. Nie będe teraz ich testować prawda? Lakier do paznokci, też z Essence, zasechł na Amen. Eyeliner z Collection 2000  w ogóle się tu nie powinien pojawić! Nie wiem paczemu zrobiłam mu zdjęcie jako denkowcu? Niestety tusz do rzęs False Lash Flutter  L'Oreal nie spełnił moich oczekiwań. Sklejał rzęsy i okropnie się kruszył. Nigdy więcej!


Maseczka do twarzy przyjechała razem z siostrą z Hiszpanii ale jakoś nie podbiła mojego serca (maseczka znaczy się, nie siostra). Naklejki Essie pokazałam Wam na paznokciach kilka postów wstecz. Takiego koszmaru nigdy nie miałam na paznokciach! Próbka perfum Miss Dior okazała się być kawałkiem kartonika nasączonym zapachem. Chciałam zobaczyć jak zapach rozwinąłby się na mojej skórze ale niestety potarcie nadgarstka kartonikiem nie dało to żadnego efekty. Niemniej kartonik pachniał cudownie.

To wszystko w tym miesiącu. Macie doświadczenia z którymś z moich denkowców? Chętnie dowiem się co się u Was sprawdziło a co okazało się kompletnym niewypałem. 

                                                                                                          Buziaki,
                                                                                                   

czwartek, 9 maja 2013

Żel nie tylko pod prysznic

Przy recenzjach żeli OS ze świątecznej limitowanej edycji zarzekałam się, że już nigdy nie wrócę do Original Source a co kupiłam dwa miesiące temu? Nic innego jak trzy różne wersje zapachowe, zresztą wiecie to notki o marcowych nowościach. Na pierwszy ogień poszedł żel z 7927 listków mięty i odrobiny żelu herbacianego. W ostatnim denkowym poście zdradziłam Wam, że ten żel nie nadaje się jedynie do mycia ciałą. A do czego jeszcze?
Nie będę się teraz rozwodzić nad opakowaniem bo wszystkie chyba już wiemy jakie te żele są ;) Żel jest baaardzo rzadki, przeprowadzając próbę zapachu w sklepie delikatnie tylko nacisnęłam butelkę a przytrafił mi się mały wypadek - żel wylądował na moim nosie ;)


Myje, nie wysusza, nie podrażnia. Używany z myjką zwiększa swoją wydajność. Ale przejdźmy do najważniejszego: zapachu. Zakochałam się w nim już w sklepie bo jest mocno pobudzający, orzeźwiający i baaardzo miętowy (czyżby naprawdę było tam prawie 8 tysięcy listków?!) Przez pewien czas borykałam się z zapchanym nosem a prysznic był wtedy przyjemnością i przynosił ulgę. I tu ogłaszam wszem i wobec, że obiecane mrowienie to nie są żadne obiecanki cacanki. Czasami miałam ochotę nie wychodzić spod prysznica tylko tam stać i się myć i myć ... 


Ten efekt chłodzenia staje się bardzo przydatny kiedy ... użyjemy tego żelu do depilacji. Przyjemny efekt chłodzenia, który niweluje pewien dyskomfort po goleniu jest uzależniający. Serio.


Wiem, że za to odkrycie żadnej nagrody nie dostanę ale moze jest ktoś kto jeszcze nie wpadł na pomysł na takie zastosowanie tego żelu. Także infrormuję;)

Używałyście tej wersji zapachowej? Jakie zapachy króluję teraz w Waszych łazienkach?

                                                                                                                   Buziaki,
                                                                                                                         



poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Jakie (zu)życie takie dno

Jeszcze wczoraj malowałam pisanki na wielkanocny stół a tu już czas na kwietniowe denko! Zużywanie produktów wciągnęło mnie do końca a ja nie wyobrażam sobie końca miesiące bez tego typu postów. Posty z denkami jak i z nowościami pomagają mi ocenić moje zużycie/zakupy (z którymi teraz się wstrzymuję żeby nie było wstydu ;)).
Jak mi poszło w tym miesiącu? Myślę, że całkiem całkiem. Pozbyłam się kilku rzeczy, których resztki zalegały na toaletce a ja wolałam testować nowości. Zresztą zobaczcie same :)
To moja wesoła gromadka, której wiatr nie pozwolił grzecznie zapozować do zdjęcia grupowego. Przyjrzyjmy się zdenkowanym z bliska:
Żel pod prysznic Sanex - mam wielką nadzieję, że to już ostatni z tych żeli pod prysznic w moim domu. Niczym mnie nie zachwycił a ja mam teraz sporą gromadkę to mycia ciała, którą chcę wykorzystać jak najszybciej. Za to żel pod prysznic Original Source podbił moje serce. Wbrew moim wcześniejszym zapowiedziom, kiedyś pojawi się tu jego recenzja bo odkryłam jeszcze jedno jego 'zastosowanie'. Muszę jeszcze przedłużyć moje eksperymenty i badania ;) Krem do mycia ciała Skinny Dip z LUSH, który pojawił się już na moim blogu o tu, KLIK, do moich ulubieńców nie należał. Chyba ktoś z domowników pomagał mi w jego denkowaniu a ja ostatecznie zużyłam go kiedy miałam zapchany nos i nie czułam jego zapachu. Zestaw peelingujący stopy Holika Holika, to nowość z tego miesiąca. Na razie nie moge nic o nim powiedzieć, jeszcze nie zaczęłam zrzucać skóry ale jeżeli chcecie usłyszeć o nim kilka zdań po skończonej kuracji, dajcie znać.
O czyściku do twarzy Let the Good Times Roll z LUSHa pisałam kilka dni temu, o tu, KLIK. Kocham go miłością bezgraniczną ale do grudnia musiałam zastąpić go czymś innym o czym w następnym poście. O olejku DHC też mogłyście prezczytać w zeszłym miesiącu, o tu, KLIK. Po napisaniu jego recenzji, zmieniłam taktykę użwyania. Olejek wmasowywałam jedynie w oczy, a żelem do mycia twarzy zmywałam makijaż twarzy a także poprawiałam nim oczy. Wypryski na lini włosów zniknęły a ja po cichu żałuję, że olejek już się skończył. Nawilżający krem na dzień Yes to Carrots swój debiut na blogu już miał, o tu, KLIK. Swoje zdanie o nim podtrzymuję, może nie wrócę akurat to tego kremu ale na pewno wypróbuję inne kosmetyki z oferty Yes to ...
Pierwszy raz w moim ponad dwudziestoletnim życiu zużyłam do końca podkład do twarzy! Z tej radosnej okazji nawet umyłam buteleczkę. MACowy Studio Fix Fluid jest moim ulubieńcem jeżeli chodzi o podkłady, mam już kolejną buteleczkę i poświęcę mu notkę na blogu za jakiś czas. O tuszu do rzęs Too Faced nie muszę chyba nic mówić, kto chce niech wróci to tej notki, KLIK. Sprawa skończyła się na tym, że Too Faced zwodziło mnie przez ponad tydzień, najpierw powiedziano mi, że poza Amerykę nie wysyłają a po moim mejlu wyrażającym ubolewania nad tym faktem dowiedziałam się, że może wyślą. Po kilku dniach ostatecznie wysłano mi mejla, że 'nie mają akurat tego tuszu na stanie'. Jaaaasne. Za to sklep w którym kupiłam tusz zgodził się zwrócić mi za niego pieniądze.
Korektor rozświetlający Touche Eclat od YSL to mój kolejny hit, który też będzie miał swoje 5 minut na blogu.
Trafiły się też próbki i próbeczki. Kolejna odżywka dołączona do farby do włosów John Frieda niczym mnie nie zachwyciła. Żel pod prysznic OS o zapachu mango i makademii zupełnie mi nie podszedł. Maseczki do twarzy pomogły mi się zrelaksować po ciężkich dniach w szkole. Krem BB Skin Food okazał się całkiem przyjemny i gdyby nie fakt, że mam już podkład na lato na pewno bym w niego zainwestowała. Krem pod oczy Skin Food był strzałem w dziesiątkę. Nie dość, że taka mała próbka starczyła na prawie tydzień to skóra pod oczami była genialnie nawilżona.

Ja jestem zadowolona z kwietniowego denka, a jak Wam poszło zużywanie w tym miesiącu?

                                                                                                                          Buziaki,
                                                                                                                        




czwartek, 4 kwietnia 2013

Było dno, są nowości marca

Hej :)
Zauważyłam, że posty denkowe i zakupowe cieszą się największą popularnością na blogu. Skoro tak to dzisiaj prezentuję nowości marca. Nie jest tego dużo, nie wszystko kupiłam sama bo sporo rzeczy dostałąm jako nagrodę pocieszenia od Antoniny Guzik (jeszcze raz, dziękuję!).
Nie mam co się rozpisywać, przejdźmy do zdjęć.
Tak, tak to Odziątko mnie podglądało :)



Jak widać, bywało chyba gorzej ;)
To właśnie ta nagroda pocieszenia. Peeling o zapachu grejpfrutowym Joanny, który pachnie obłędnia; czekoladowy krem do rąk Joanny, zapach mógłby być trochę mniej chemiczny ale za jakiś czas napiszę o nim kilka słów. Do tego lakier Nail Colour Essence, świetny lakier miałam go już kilka razy na paznokciach. W kopercie znalazłam też nawilżający błyszczyk-pomadkę Celii. Mój zmysł węchu odmówił współpracy z jej zapachem, dlatego powędrowała ona do kosmetyczki mamy, która jest nią zachwycona.
Pozostając w temacie ustnym, widzimy tu ulubieńca, który na moich ustach jest prawie codziennie - pomadka do ust Color Balm Pierre Rene. Kocham, kocham, kocham! I, oczywiście, kilka szaszetek peelingu i maseczki do twarzy Marion.

 Dorwałam też, jak bardzo pożądane przeze mnie masła do ciała Nip+Fab. Od razu do koszyka wzięłam ten o zapachu mango, potem zdecydowałam się na drugie o zapachu pistacji. Czemu na zdjęciu widzicie to o zapachu kokosowego latte? A no, po wyjściu ze sklepu zorientowałam się, że nie do końca wiem jak pachnie pistacja i wymieniłam ją na masło w brązowym opakowaniu.
Zgrzeszyłam, złamałam dane słowo i rzuciłam się na  żele pod prysznic Original Source. Do zapasów trafił żel o zapachu cytryny, limonki i mięta. Jako że mięta poszła na pierwszy ogień i spodobała się nie tylko mi ale i reszcie domowników, szybko pobiegłam po drugi egzemplarz mięty. Być może napiszę o nim kilka słów bo, jak kota kocham, w porównaniu z żelami z świątecznej limitowanej edycji to niebo i ziemia.
W Tk Maxx trafiłam też na mydło peelingujące Asquith&Somerset o zapachu mandarynki i bergamotki z kawałkami kwiatów nagietka, które mają drapać, drapać, drapać.





Mówiłam już, że mam manię na punkcie tuszów do rzęs? Nie? To przyznaję się teraz. Do mojej sekretnej kupki kosmetyków trafiły dwa tusze Lashlight Too Faced, który podświetla szczoteczkę. Jestem gadżeciarą i musiałam to mieć. Kupiłam też nowość L'Oreal False Lash Flutter, to chyba pierwszy od ponad roku drogeryjny tusz, który kupiłam świadomie.
Skoro mówimy już o kosmetykach drogeryjnych, zapragnęłam lakieru do ust Rimmel i go mam w mocno dającym po oczach kolorze, o nim napiszę już za kilka dni.
Będąc w Tk Maxx w oczy rzuciło mi się dosyć znane opakowanie L'Occitane, trafiłam na piankę do mycia twarzy z tej samej serii co mój ukochany krem do twarzy. Niestety, nie są one chyba juz produkowane ale data ważności się zgadza więc chętnie zobaczę czy sprosta moim oczekiwaniom.
Ostatnio wpadłam w manię malowania paznokci i musiałam kupić coś nowego :) Na moje pazury wkrótce trafią miniaturki OPI z KardashianKolor i dwa lakiery Orly. To moje pierwsze spotkanie z Orly i nie wiem czego się spodziewać.

W tym miesiącu to wszystko. Dużo, mało? Nie wiem, najważniejsze, że jeste, usatysfakcjonowana :D Jest coś co Was zainteresowało i chciałabyście o tym usłyszeć?
                                                                                                                 Buziaki,
                                                                                                           
 







czwartek, 7 lutego 2013

Bo dno zobaczyć wszyscy chcą ...

Cześć!

Śmiem twierdzić, że denkowanie wciąga jak cholera. Tym bardziej, że grudniowe zużycia były żałosne i obiecałam sobie, że w styczniu nie będę się ośmieszać i pokażę konkretne, spore denko. W porównaniu z niektórymi z Was nadal wypadam słabo ale cieszę się, że mogę się czymś pochwalić. Z przyjemnością prezentuję grupowe zdjęcie styczniowego denka:



Zacznijmy od początku:

Max Factor Creme Puff, odcień 05 translucent. Ile się z nim męczyłam to moje. Był tani i to chyba jego jedyny plus. Niestety nie stopił się z cerą i sprawiał, że wyglądałam lekko pomarańczowo. Nie kupię.
HairOff naklejki do modelowania brwi, niestety gdzieś się zgubiły, zostało mi tylko pudełko i tylko dlatego uznaję to za denko. Na pewno kupię jeszcze raz, świetnie dały sobie radę z moimi brwiami. 
Maybelline, Eye Studio, Lasting Drama Gel Liner, niestety trochę mi się o nim zapomniało i niewielka ilość jaka została zdążyła zaschnąć. Mam z zanadrzu jeszcze kilka eyelinerów dlatego raczej już nie kupię.


Żel pod prysznic Original Source o zapachu śliwki i syropu klonowego, pisałam o nim tutaj i zdania nie zmieniłam. Nadal się głowię co niektóre blogerki widzą w nim wspaniałego.
Szampon oczyszczający Herbal Essences Fresh Balance,  niestety nie oczyszczał, moje włosy szybciej się przetłuszczały. Na moje nieszczęście gdzieś w zasobach mam jeszcze jeden egzemplarz ale nie spieszy mi się do kontynuowania tej znajomości. 
Peeling myjący z mikrogranulkami Sopot Spa z Ziaji ten pan też już pojawił się na moim blogu, o tutaj. Nic się nie zmieniło w naszych relacjach ale pewnie już nie kupię.
John Frieda, odżywka do włosów po farbowaniu, pierwszy raz od kilku lat potraktowałam moje odrosty  drogeryjną farbą, które notabene powinna też się tutaj pojawić. Odżywka starczyła mi na trzy użycia więc nie mam w sumie co o niej sądzić ;)

So...? Brit spray do ciała, dołączony był do GlossyBoxa czy She Said Beauty. Tyłka nie urywał, na pewno nie kupię. Wolę perfumy czy wodę toaletową, raczej nie gustuję w takich specyfikach ;)
Perspirex, bloker podbił moje serce i już nowy dołączył do mojego koszyczka.
Asparaginian próbuję wykończyć suplementy, które nagromadziły się w domu. Tu akurat magnez i potas, nie wiem czy zrobiły coś dobroczynnego dla mojego organizmu. Mam jeszcze jedno opakowanie, które za jakiś czas zacznę brać.

Co sądzicie o moim denku? Jest się czym chwalić? ;)

                      Buziaki, 

P.S. Zobaczcie kto stał na straży mojego denka podczas robienia zdjęć 
Tak to pan Dandysław po fryzjerze. Niestety musiał zrezygnować ze swoich pięknych długich włosów przez  niepogodę :( 

      



piątek, 18 stycznia 2013

Original Source po raz drugi

Cześć :)
Jakiś czas temu pisałam Wam o żelu pod prysznic o zapachu śliwki i syropu klonowego z Original Source, o TUTAJ. Do zimowej limitowanej edycji OS należał też zapach pomarańczy i lukrecji i to o nim będzie dziś mowa.

Tak naprawdę, mogłabym przekopiować to co napisałam o jego poprzedniku. Bo ta wersja też jest ubrana w piękny, skandynawski sweterek z reniferami, butelka też jest chropowata przez co nie wyślizguje się z rak podczas prysznica.

Pisząc o panu fioletowym wspominałam, że sam otwór przez który wychodzi żel jest za duży i wystarczy lekko nacisnąć żeby zostać oplutym przez żel. Tu spotkała mnie niespodzianka bo pomarańczowa wersja ma taką samą wielkość dziury a opluta nie byłam ani razu. Drogą dedukcji stwierdziłam, że cały problem jest w konsystencji. Śliwka jest zbyt rzadka, ma konsystencję kisielu a pomarańcza jest zwartym glutem.




Nie byłabym sobą gdybym nie znalazła chociaż ani jednej wady w tym żelu. Otóż moi mili, biorąc prysznic prawą ręką wyciskam żel na lewą rękę. Zanim zdążę zamknąć i odstawić butelkę, żel ześlizguje mi się z ręki. Winą obarczam glutowatość żelu.



A co z zapachem? Mój nos nie wyczuwa tam pomarańczy, nic a nic; to chyba nawet koło pomarańczy nie stało? Jest obrzydliwie słodki, prawdopodobnie tak pachnie lukrecja? Pokładałam w zapachu wielkie nadzieje, spodziewałam się małego romansu a tu kiszka ... Nie dość, że zapach jest przeokropnie słodki to przeokropnie krótko unosi się w powietrzu, bo o pozostaniu na ciele już nawet nie marzę. Tak jak swój brat nie nawilża ale nie wysusza. 



Zapytam się jeszcze raz, kto puścił w blogosferę plotkę, że te zapachy są takie och i ach? Kto skazał mnie na rozczarowanie? Oczekiwałam fajerwerek w mojej łazience, prawdziwej eksplozji zapachu a zostałam z lekkim niesmakiem.

W większości podzielałyście moją niepochlebną opinię o fioletowym żelu a jak jest teraz? Czy pomarańcza podbiła Wasze serca?

                                                                                           Buziaki,
                                                                                                 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...