piątek, 18 września 2015

WOW Brown / samoopalacz Ready to Glo

Ten rok jest zdecydowanie rokiem samoopalaczy, dopiero teraz doceniłam to jak łatwo i szybko można wyczarować na sobie zdrową opaleniznę bez udziału szkodliwego słońca. Zaczęło się od rajstop w sprayu Sally Hansen żeby skończyć się na używaniu opalenizny w butelce na każdej części ciała. Chyba zgodzicie się ze mną, że każdy czuje się lepiej muśnięty słońcem? 
WOW Browm to dziecko dwóch Irlandek, Frances Brennan i Donna Ledwidge, które niezbyt zadowolone z dostępnych samoopalaczy postanowiły stworzyć idealny produkt opalający. I tak powstały kosmetyki WOW Brown, stworzone z najlepszych składników i w pełni bezparabenowe. 


W moje ręce trafił Ready to Glo w odcieniu light/medium (ok. €20/100ml ale warto polować też na promocje). Samoopalacz, który z założenia ma być bez specyficznego biszkoptowego smrodku, tak charakterystycznego dla podobnych produktów, dający złoto brązowy efekt, który na ciele ma się utrzymać od siedmiu do dziesięciu dni.

Ready to Glo to mała ale poręczna buteleczka idealnie pasująca do dłoni - jedyne zastrzeżenie mam do pompki, która pod sam koniec wypluwała z siebie spore krople produktu zamiast rozpylania delikatnej mgiełki. Zazwyczaj nie nakładam takich produktów bezpośrednio na ciało tak też i tutaj w ruch szła rękawica. Już podczas aplikacji skóra ciała się zabarwia i z łatwością da się zobaczyć gdzie już go nałożyłam a gdzie jeszcze muszę dojechać. Nie tworzy smug ani plam i dlatego kilka razy pokusiłam się na nałożenie go na twarz i ani razu nie zrobił mi krzywdy.



Prysznic zalecany jest co najmniej po pięciu godzinach, dla pogłębienia kolor można wydłużyć ten czas ale przyznam, że nie do końca się do tego dostosowałam ale nie zauważyłam też większej różnicy w kolorze. No właśnie, kolor! Biszkoptowy, lekko karmelowy ze zdrowym błyskiem <3 czasani dokładałam jeszcze jedną cienką warstwę następnego dnia dla pogłębienia koloru, co nadal wyglądało bardzo naturalnie.
A zostając w temacie biszkoptów, Ready to Glo lekko nim pachnie ale mi ten zapach bardzo się podobał, wręcz lubiłam się w niego wwąchiwać. Samoopalacz odrobinę brudzi dlatego warto nakładać go na noc i zakładać niezbyt lubiane piżamy ;)


Na skórze utrzymywał się cztery, czasami pięc dni, schodził bardzo równomiernie. Nie mogę powiedzieć dokładnie na ile aplikacji mi starczył, według zapewnieć producenta to 7 do 10 pełnych użyć, nie zawsze używałam go na całe ciało, raz było mniej członków raz więcej ale podczas dość regularnego stosowania zdenkowałam go po niecałych trzech miesiącach.
Polecam!

Jaki macie stosunek do samoopalaczy? Lubicie czy może nigdy po nie nie sięgacie? Macie jakiegoś ulubieńca? 

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Czerwcowo-lipcowe zużycia kosmetyczne


O ile pamięć mnie nie myli to niemal od początku prowadzenia bloga okres wakacyjny to zawsze czas kiedy jak wyrodna matka porzucam swoje dziecko. Ot, niektórzy wypoczywają w tym okresie a niektórzy cierpią na brak czasu spowodowany pracą, są na sali jakieś kelnerki? Mimo to, co jakiś czas z tęsknotą myślę o LilOddiette i obiecuję sobie powrót. Mam tak dużo zaległości, że nie wiem w co włożyć ręce, chciałabym pokazać Wam wszystko bo trafiłam na kilka fajnych produktów. Na pewno będzie tu więcej kolorówki niż pielęgnacji, nie przepadam za recenzjami produktów pielęgnacyjnych i ciężko pokazać na zdjęciach ich efekty.
Mogę jednak Was zapewnić, że nie zmieniło się jedno - nadal szaleję za produktami do ust, ta obsesja chyba nigdy się nie skończy. Jednak zanim na blogu pojawią się recenzje szminek warto zrobić porządek w ostatnich zużyciach kosmetycznych.








Kiedy w zeszłym roku kupiłam buteleczkę samoopalacza WOW Brown Ready to Glo nie spodziewałam się po nim zbyt wiele. A jednak to najlepszy taki produkt jaki do tej pory testowałam - daje bardzo naturalny i długotrwały efekt, nie śmierdzi, nadaje się do użycia na twarz - nie znalazłam w nim ani jednej wady. Na pewno do niego wrócę. Dwa żele pod prysznic z Dove to nic szczególnego, myją bo myją ale zapachowo są takie sobie. Pianka do golenia Gillette to bubel jakich mało, powodowała u mnie okropne podrażnienia. Zdzierak do ciała The Breakfast Scrub z Soap&Glory oczarował mnie swoim zapachem, cudowne połączenia bananów, miodu i syropu klonowego, przypomina mi coś co już znam, miałam ale za nic nie pamiętam co to było. To całkiem mocny peeling ale nie da się zrobić nim sobie krzywdy. Polecam!



Fioletowy szampon i odżywka do blond włosów z Provoke nie raz i nie dwa pojawiały się już na blogu, są naprawdę najlepsze w swojej kategorii. Odżywka do blond włosów z serii Sheer Blonde z John Frieda lepiej sprawowała się odkąd mam krótkie włosy, nie wiem od czego to zależy.



O czyściku do twarzy Dark Angels z LUSH pisałam tu KLIK i zdanie podtrzymuję, to świetny produkt ale nie do cery suchej/normalnej. Woda micelarna Garnier to mój hit, nie wiem ile opakowań udało mi się już zużyć. Effaclar Duo+ z La Roche Posay sprawował się dokładnie tak samo jak starsza, bezplusowa wersja, naprawdę nie widziałam między nimi różnicy.



Po raz kolejny udowodniłam sobie, że minerały sprawdzają się u mnie jedynie w chłodne dni, oryginalna wersja podkładu bareMinerals w odcieniu Golden Medium całkiem ładnie komponowała się z opalenizną z butelki. Lakier nawierzchniowy Sally Hansen Advanced Hard as Nails dobrze utwierdzała lakier, używana solo przez dłuższy okres sprawiała, że paznokcie stały się twarde i szybciej rosły. Saszetkowo nie zaszalałam co widać na zdjęciu, nic mnie nie zachwyciło na tyle żeby się rozpisać.

To ja zostawiam Was ze śmieciami i lecę przygotować recenzję pewnych dwóch mazideł do ust. Do zobaczenia!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...