piątek, 9 września 2016

New in / nowości

W końcu udało mi się zebrać wszystkie nowości tego lata, a większość z nich jest jeszcze z maja! Do nadrobienia został mi jeszcze post z ulubieńcami lata i mogę zabrać się za recenzje produktów, które służą mi już od ponad roku. Taki mam zapłon. Zresztą, wakacje upłynęły mi bardziej na zakupach ubraniowo-obuwniczych i w nosie miałam kosmetyki. Chyba mam za duży przesyt kolorówką i za mało czasu na jej używanie ale mam nadzieję, że teraz to się zmieni. A teraz zapraszam Was na krótką prezentację moich nabytków :) 


piątek, 3 czerwca 2016

Zużycia kosmetyczne

Przygotujcie się na długi post o śmieciach ;) ostatni post o zużyciach kosmetycznych pojawił się w lutym i od tego czasu zużyłam to i owo, ale tylko pielęgnację bo zużywanie kolorówki zupełnie mi nie idzie. Zresztą, ona nie jest do zużywania a używania ;)
Bez zbędnego gadania i przedłużania, zapraszam!



Kolejna butelka płyny micelarnego Garnier, to mój ulubieniec i chyba nie sięgnę po żaden inny micel. Inteligentnie nawilżający krem do twarzy na dzień GO Cranberry KLIK to fajny, lekki krem nawilżający, który na sam koniec zaczął mnie lekko irytować bo za nic nie chciał się skończyć. Morelowy peeling do twarzy St.Ives jest świetnym zdzierakiem, nie należy może do najdelikatniejszych ale warto na niego spojrzeć. Miniatura kremu Total Moisture z Benefit nie do końca mnie zachwyciła, dawała złudne, silikonowe nawilżenie ale przynajmniej ładnie pachniała.


Tonik Clarins KLIK szału nie robił dlatego zużycie go zajęło mi sporo czasu. Plasterki na wągry Pretty ledwo dawały radę. Krem do twarzy Simple też należał do grupy produktów, których używanie masakrycznie się dłużyło. Nic dziwnego, zużycie 125ml kremu może zająć trochę czasu. Krem był całkiem dobry ale wolałabym mniejszą objętość. Maseczka do twarzy Oatfix z LUSH byłą cudowna, delikatna i nawilżająca <3 na pewno do niej wrócę.


Suchy szampon sygnowany marką Boots był bardzo średni i bardzo tani, mimo to o wiele bardziej wolę Batiste. Byłam za to szczerze zachwycona miniaturą nawilżające szamponu Great Lengths, nawet bez pomocy maski czy odżywki zostawiła włosy miękkie w dotyku i gładkie. Za to szampon do blond włosów Sheer Blonde John Frieda to jedna wielka porażka, nie dość, że okropnie oblepiał włosy sprawiając, że cały czas wyglądały jak przetłuszczone to chyba lekko je też przyżółcał. Nie mogę się za to nachwalić serii do blond włosów Touch of Silver Provoke, idealnie ochładza odcień włosów, lekko je przesusza ale da się to naprawić maską do włosów, Nie wiem która to już moja buteleczka tego szamponu,.


Miniatura balsamu do ciała Thalgo, szału nawilżającego nie było ale za to ładnie pachniał chociaż pożegnałam go bez żalu. Po samoopalacz Cocoa Brown, sięgałam przed większymi wyjściami bo dawał dość ciemną opaleniznę. W końcu przypomniałam sobie, że ma stopy i zafundowałam im maskę peelingującą, znowu sięgnęłam po Purederm. Żel do golenia Gillette Satin Care był średni a nawet miałam wrażenie, że podrażnia mi nogi. I kolejna puszka mojego ulubieńca czyli rajstop w sprayu Sally Hansen. 


Zakochałam się za to w zapachu balsamu do ciała Roger&Gallet, pachniał słodko, orzeźwiająco i, co dziwne, dobrze nawilżał. Dwie buteleczki samoopalacza Academie, i czuję że na dwóch się nie skończy bo to świetny sposób na błyskawiczną opaleniznę. Pożegnałam też żel pod prysznic Balea, którego zapach umilał mi czas pod prysznicem, ale muszę przyznać, że produkty tej marki już mi trochę obrzydły, Peeling do ciała Tough Scrub z Cocoa Brown miał być żyletą wśród peelingów a okazał się marnym piaseczkiem zatopionym w żelu pod prysznic.


Kolorówkowo nie poszalałam ;) znalazł się tu lakier Essie Bouncer, it's me, którego nie da się użyć bo tak smuży. Dwie miniatury tuszów do rzęs - cudowny Sumptuous Extreme Estee Lauder i poprawny Lash Domination BareMinerals. Zużyłam też odlewkę podkładu MAC Studio Waterweight która, według mnie niczym nie różniła się od tych lekkich podkładów z Maybelline czy L'Oreal.

Ufff, to już wszystko :) znacie coś z moich denkowców? Jak idzie Wam zużywanie? 

niedziela, 27 grudnia 2015

Zużycia kosmetyczne

Zawsze ubolewam nad tym, że przygotowania do Świąt trwają o wiele dłużej od samych Świąt, uwielbiam nicnierobienie połączone z wcinaniem moich ulubionych przysmaków. Zbliżający się koniec roku zmotywował mnie do zrobienia porządków w kosmetykach i w końcu moja toaletka wygląda przejrzyściej. Co prawda ostatnie denko pojawiło się zaledwie na początku miesiąca ale w Nowy Rok chciałabym wkroczyć bez śmieci i z czystym kontem tym bardziej, że przez miesiąc zdążyłam zużyć sporo kosmetyków.



Już nigdy, ale to nigdy nie sięgnę po zmywacz do paznokci Sally Hansen,  wersja do słabych paznokci jeszcze tylko pogorszyła stan moich pazurów. Scrub do ciała z Bomb Cosmetics przepięknie pachniał limonką a kawałki żurawiny jeszcze bardziej uprzyjemniały zdzieranie naskórka. Niestety nie udało mi się go dokończyć, nie używany przez dwa tygodni zbił się w jedną,wielką bryłę cukru. Olejek do ciała Skin Perfector Garnier Body był taki sobie KLIK, już do niego nie wróce.


Różana woda micelarna z Nuxe świetnie zmywała makijaż oczu i twarzy delikatnie przy tym pachnąc, ale zostanę przy micelu z Garnier, może nie pachnie tak ładnie ale demakijaż nim jest równie skuteczny, no i kosztuje odrobinę mniej ;) Maseczka The Face Shop z glinki wulkanicznej pamięta lepsze czasy, najwyższa pora jej się pozbyć chociaż miło ją wspominam. Nawilżający krem do twarzy Hydra+ z ROC miał lekką konsystencję, ekspresowo się wchłaniał i przyjemnie nawilżał.


O ile nie polubiłam szamponu i odżywki z serii John Frieda Sheer Blonde o tyle z przyjemnością używałam maski do włosów. Świetnie sprawdza się na włosach, które potrzebują dobrej opieki. 30ml buteleczka olejku Macadamia pozostawiła u mnie ambiwalentne uczucia, niby wygładza włosy ale nie jestem pewna czy nie działa tak samo jak tańsze olejki. Miniatura Aussie 3 Minute Miracle Reconstructor utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że moim włosom zupełnie nie odpowiada.


Benetint z benefit wyglądał lepiej na ustach niż na policzkach ale nadal bez szału. Zmęczona podkreślaniem brwi zdecydowałam się na domową hennę. Ta brązowa z Delia wyszła bardzo naturalnie. Szkoda tylko, że jest jej tak dużo a nadaje się do jednorazowego użytku. O Mineral Veil  z bareMinerals mówiłam już nie raz, warto się nim zainteresować. Równie ciepło wspominam puder do twarzy Naked Skin z Urban Decay KLIK chociaż do pudru wszechczasów troche mu brakowało. Mam podobne odczucia co do korektora z NYX KLIk, nie jest zły ale mógłby być lekko ulepszony. Bez żalu żegnam pomadkę ochronną Baby Lips z Maybelline. Nadal pamiętam pochwalne recenzje na ich cześć i nadal zastanawiam się co wszyscy w nich widzieli. I tak żegnam się z ubiegającym rokiem :)

Jak minęły Wam Święta?

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Czerwcowo-lipcowe zużycia kosmetyczne


O ile pamięć mnie nie myli to niemal od początku prowadzenia bloga okres wakacyjny to zawsze czas kiedy jak wyrodna matka porzucam swoje dziecko. Ot, niektórzy wypoczywają w tym okresie a niektórzy cierpią na brak czasu spowodowany pracą, są na sali jakieś kelnerki? Mimo to, co jakiś czas z tęsknotą myślę o LilOddiette i obiecuję sobie powrót. Mam tak dużo zaległości, że nie wiem w co włożyć ręce, chciałabym pokazać Wam wszystko bo trafiłam na kilka fajnych produktów. Na pewno będzie tu więcej kolorówki niż pielęgnacji, nie przepadam za recenzjami produktów pielęgnacyjnych i ciężko pokazać na zdjęciach ich efekty.
Mogę jednak Was zapewnić, że nie zmieniło się jedno - nadal szaleję za produktami do ust, ta obsesja chyba nigdy się nie skończy. Jednak zanim na blogu pojawią się recenzje szminek warto zrobić porządek w ostatnich zużyciach kosmetycznych.








Kiedy w zeszłym roku kupiłam buteleczkę samoopalacza WOW Brown Ready to Glo nie spodziewałam się po nim zbyt wiele. A jednak to najlepszy taki produkt jaki do tej pory testowałam - daje bardzo naturalny i długotrwały efekt, nie śmierdzi, nadaje się do użycia na twarz - nie znalazłam w nim ani jednej wady. Na pewno do niego wrócę. Dwa żele pod prysznic z Dove to nic szczególnego, myją bo myją ale zapachowo są takie sobie. Pianka do golenia Gillette to bubel jakich mało, powodowała u mnie okropne podrażnienia. Zdzierak do ciała The Breakfast Scrub z Soap&Glory oczarował mnie swoim zapachem, cudowne połączenia bananów, miodu i syropu klonowego, przypomina mi coś co już znam, miałam ale za nic nie pamiętam co to było. To całkiem mocny peeling ale nie da się zrobić nim sobie krzywdy. Polecam!



Fioletowy szampon i odżywka do blond włosów z Provoke nie raz i nie dwa pojawiały się już na blogu, są naprawdę najlepsze w swojej kategorii. Odżywka do blond włosów z serii Sheer Blonde z John Frieda lepiej sprawowała się odkąd mam krótkie włosy, nie wiem od czego to zależy.



O czyściku do twarzy Dark Angels z LUSH pisałam tu KLIK i zdanie podtrzymuję, to świetny produkt ale nie do cery suchej/normalnej. Woda micelarna Garnier to mój hit, nie wiem ile opakowań udało mi się już zużyć. Effaclar Duo+ z La Roche Posay sprawował się dokładnie tak samo jak starsza, bezplusowa wersja, naprawdę nie widziałam między nimi różnicy.



Po raz kolejny udowodniłam sobie, że minerały sprawdzają się u mnie jedynie w chłodne dni, oryginalna wersja podkładu bareMinerals w odcieniu Golden Medium całkiem ładnie komponowała się z opalenizną z butelki. Lakier nawierzchniowy Sally Hansen Advanced Hard as Nails dobrze utwierdzała lakier, używana solo przez dłuższy okres sprawiała, że paznokcie stały się twarde i szybciej rosły. Saszetkowo nie zaszalałam co widać na zdjęciu, nic mnie nie zachwyciło na tyle żeby się rozpisać.

To ja zostawiam Was ze śmieciami i lecę przygotować recenzję pewnych dwóch mazideł do ust. Do zobaczenia!

sobota, 21 czerwca 2014

John Frieda Sheer Blonde Shape&Shine Balm / pasta do układania blondwłosów

Odkąd pożegnałam się z długimi włosami i przerzuciłam na krótkiego boba mam fioła na punkcie stylizacji włosów. A odkąd regularnie podkręcam je blond pasemkami lubię podkreślać ten kolor. Oczywiście zdarzają się dni kiedy nie robię z nimi nic bo mi się nie chce i już (tak jak przez ostatnich kilka dni kiedy zapomniałam, że mam włosy;)), jednak kiedy modeluję włosy to często sięgam po pastę do układania blond włosów Sheer Blonde Spun Gold, Shape&Shine Balm, która wyszła spod skrzydeł John Frieda (ok.25zł/35g). 




Ta metalowa puszka kryje w sobie prawdziwe cudeńko. Nabieram odrobinę pasty, rozgrzewam ją w dłoniach tak, że pokryte są one cieniutką warstwą produktu i rozprowadzam na włosach. Albo lekko wygładzam albo robię mały bałagan na głowie. Jednak zawsze złote drobinki zatopione w paście sprawiają, że włosy stają się błyszczące i ten blond jest naprawdę zaakcentowany.



Oczywiście łatwo przesadzić z ilością tej pasty sprowadzając na siebie nieszczęście w postaci przyklapu ale na szczęście da się przed tym uchronić - siegając po małe porcje i znając swoje włosy. 
Pasty używam dosyć regularnie od jesieni a ubytek w puszce jest minimalny. 
Niby jest to gadżet ale przydatny, chociaż gdybym nadal miała długie włosy nie wiem czy wtedy też bym po niego sięgnęła. Muszę też przyznać, że jego cena jest trochę za wysoka dlatego często poluję na produkty John Frieda w promocji 3za2. 

wtorek, 29 kwietnia 2014

Kwietniowe zużycia kosmetyczne

Zupełnie niespodziewanie kwiecień okazał się być miesiącem zużywania kosmetyków. Nie miałam wiele czasu na żadne kosmetyczne eksperymenty, w zamian sumiennie używałam tego co mam a chęć zużycia za wszelką cenę zeszła na dalszy plan. I dobrze, bez spiny zawsze wszystko lepiej mi wychodzi. W mijającym miesiącu udało mi się wrzucić do torby na wyrzutki 15 kosmetyków (w tym kilka miniatur) i jedną próbkę - a biorąc pod uwagę kategorie do których należą te kosmetyki uważam, że należy mi się poklepanie po plecach.



Włosowo nie zaszalałam. Korygujące odcień siwych i blond włosów szampon i odżywka Colour Renew John Frieda nie zrobiły na mnie spektakularnego wrażenia. Lekko ochładzały kolor, to fakt, ale odżywka okazała się też delikatnie obciążać włosy. Tego duetu używałam od września, z przerwą na zestaw z Soap&Glory KLIK. Nie planuję powrotu do tych produktów, chyba że szampon i odżywka, których używam teraz się nie sprawdzą. Kolejny żużyty produkt też jest sygnowany nazwiskiem John Frieda - miał być nabłyszczającym sprayem do włosów a okazał się być zwyklaczkiem bo żadnego nabłyszczenia nie odnotowałam.


Dwa pudełka temu w Powderpocket dostałam mianiaturę kremowego żelu pod prysznic z masłem Shea z The Body Shop. Zużyłam ją z przyjemnością, na pewno sięgnę po pełnowymiarowy produkt. Zdenkowała mi się też druga miniatura żelu pod prysznic, tym razem z Molton Brown. Dość mocny, męski zapach nie zachęcił mnie do zapoznania się z marką. Gdzieś tam leży saszetka po żelu Original Source o zapachu limonki, mam ich jeszcze spory zapas ale bardzo rzadko po nie sięgam. Masło do ciała Argan konystencją nie do końca przypominało masło ale gładkie, nawilżone ciało mi to wynagradzało. A żel/peeling Balea i jego dziwny, zupełnie nie mój zapach sprawił, że zdenkowanie go zajęło mi prawie rok.


Zamierzeniem notek z zużyciami są krótkie notatki o danym kosmetyku. Niestety, o 3 krokach Clinique mogłabym napisać całe wypracowanie i chyba poświęcę temu trio oddzielną notkę. Dla niecierpliwych: zawiodłam się. O czyściku do twarzy Buche de Noel z LUSH pisałam już tu KLIK. Dobry ale wolę Let the Good Times Roll.


Płyn micelarny beBeauty w żaden sposób mnie nie zachwycił. Micel jak micel. W dodatku okropnie irytowało mnie to, że zamykając butelkę wszystko dookoła było obryzgane. Pianka do mycia twarzy sygnowana Boots, bardzo mnie zachwyciła i to w pozytywnym znaczeniu. Tania, dobrze oczyszcza twarz, nie pozostawia uczucia ściągnięcia i nic a nic nie podrażnia. Kiedyś, kiedy jeszczw subskrybowała GB, w jednym z pudełek znalazłam bazę pod makijaż Primed&Ready z Collection 2000. Naprawdę godny polecenia produkt. Ostatnia jest miniaturka nawilżającego serum z Premae. Próbowałam użyć go kilka miesięcy temu kiedy miałam sajgon na twarzy, nie udało się bo za bardzo podrażniał i tak już zaognioną skórę. Dałam mu szansę kiedy cera wróciła do normy i towarzyszył mi przy wieczornej pielęgnacji jednak szału jakoś nie było.

To wszystko w kwietniu. Dajcie mi znać jakie macie opinie o tych kosmetykach!

                                                                                                                       Buziaki, 
                                                                                                             Gosia

piątek, 7 marca 2014

Lutowe nowości kosmetyczne

Mówiłam to już nie raz ale w lutym wpadłam w kosmetyczny marazm. Tyle rzeczy, które chciałam mieć w styczniu w lutym przestały być mi niezbędne do życia. Zakupy nie wprawiały mnie w wyborowy nastrój a ja w większości sięgnęłam po kosmetyki, których  potrzebowałam w mniejszym czy większym stopniu. Nic szalonego. Dlatego lutowa gromadka nowości kosmetycznych prezentuje się tak.


Na pierwszy ogień idzie zakup, który okazał się potrzebną potrzebnością. Wspomniałam już, że moja cera zwariowała a ja wyglądałam jak dojrzewająca nastolatka. Z pomocą przyszedł mi podkład Double Wear ale ile można się szpachlować? Tym bardziej, że Effeclar Duo odrobinę poprawił stan mojej cery. Potrzebowałam czegoś lekkiego ale nadal dość kryjącego. Z pomocą przyszedł zestaw na początek minerałów z bareMinerals. W pudełku znajduje się baza pod podkład, dwa odcienie podkładu, puder, bronzer i trzy pędzle. Dzielnie testuję i chyba zaczęłam darzyć minerały sympatią, ale o tym kiedy indziej.


Effeclar Duo przyniósł widoczne efekty ale powoli sięga dna. Pierwszy zamysł był taki, że kiedy skończę kurację z Duo, przeniosę się na Effeclar K - plany pokrzyżował mi dość spontaniczny zakup zestawu 3 Kroki Clinique. I chyba dopiero po trzech krokach wrócę do LRP, jeżeli nadal będę miała taką potrzebę.
Po długich konsultacjach z konsultantką Clinique doszłyśmy do wniosku, że do stanu mojej cery na dzień dzisiejszy (bądź ten sprzed dwóch tygodni) najlepszy będzie zestaw dla cery mieszanej/tłustej.
Po drodze do kasy zwróciłam uwagę na lakiery tejże firmy, A different nail enamel, o którym pisałam juz tu KLIK. Nadal jestem w nim zakochana, jest sobie na paznokciach, nie zwraca uwagi a w tym czasie paznokcie rosną i się polepszają. 



A przy zakupie powyższych produktów dostałam kosmetyczkę z miniaturkami produktów Clinique. I tak znalazłam w niej high impact mascara (która jest świetna!), dramatically different moisturizinh lotion +, krem CC moisture surge, liquid facial soap, poczwórne cienie do powiek i chubby stick. Takie prezenty mogę dostawać przy każdych zakupach ;)

W Waszych postach często wspominacie o wysuszaczu do paznokci Insta Dri z Sally Hansen więc postanowiłam zmierzyć się z legendą. Jeszcze nie używany bo nie mam na czym ;) absolutnie niezbędny okazał się pocieszacz w postaci pomadki do ust. A jak szminka to MAC  i matowy odcień Lady Danger. Na super wyprzedaży za grosze dorwałam lakier do paznokci YSL w kolorze Cobalt Blue. W buteleczce wygląda bardzo ciekawie ale na paznokciach nie miał jeszcze premiery.


Ostatnio często sięgam po lakier do włosów, poprzedni zdenkowałam więc potrzebowałam czegoś nowego. Wybór padł na sheer BLONDE z John Frieda, lakier specjalnie dla blondynek. Czy naprawdę jest inny przekonam się za jakiś czas. No i tonik do twarzy, który chodził mi po głowie przez długi czas. Extra Comfort Toning Lotion z Clarins kojarzy mi się jedynie z pozytywnymi recenzjami. Za wcześnie na jakiekolwiek osądy ale pierwsze wrażenia są bardzo pozytywne.


I już ostatnia porcja zakupowa. Potrzebowałam kremu pod oczy, nie wiedziałam czego chcę (ten co zdenkowałam był świetny ale miałam ochotę na coś nowego) i moje kroki skierowałam do stoiska Nuxe. Contour des Yeux Prodigieux nadal wzbudza we mnie mieszane uczucia ale stosuję, smaruję i poczekam jeszcze jakiś czas na finalny werdykt. A skoro byłam już przy stoisku tejże firmy musiałam sięgnąć po sławny balsam do ust Reve de Miel. Już rozumiem zachwyty nad tym produktem! Miód na moje usta ;)
Przy okazji kupiłam też krem pod oczy dla mamy a przy kasie okazało się, że kwalifikuję się na gratis ;) Nawilżająca maseczka do oczu Masque Creme Fraiche de Beaute była też bardzo zachwalana przez sprzedawczynię więc skoro dawali to wzięłam ;)


Dostałam też paczuszkę od Hexxany, miałam dostać jedynie odsypkę pudru NARS, dostałam jednak masę próbek, odlewek, brokat Glazel, i dwie inne odsypki: La Prairie i Guerlain. Rozczarowałam się NARSem, nie okazał się tym czego szukam i bardzo podkreśla wszystkie niedoskonałości cery. Możliwe, że jest to spowodowane stanem mojej twarzy na teraz dlatego odłożę go na inne (mam nadzieję, lepsze) czasy. Za to La Prairie i Guerlain bardzo mnie zaciekawiły, możliwe, że coś z tego będzie.

To wszystko co przybyło mi w zeszłym miesiącu, o ile dobrze liczę, w lutym zużyłam 15 pełnowymiarowych kosmetyków a kupiłam tylko 9 i bardzo mi z tym dobrze. Jest coś co Was zaciekawiło i chciałybyście o tym przeczytać? Jestem ciekawa czy znacie i lubicie moje nowości?

                                                                                                                 Buziaki, 
                                                                                                           Gosia

sobota, 1 lutego 2014

Styczniowy Projekt Denko

Mówię to co miesiąc ale czas biegnie jak szalony a puste opakowania w torbie, które zbieram przez cały miesiąc coraz bardziej mi to uświadamiają. Lubię te moje posty z Projektem Denko, mogę wtedy dokładnie porównać puste opakowania z nowymi kosmetykami. Zazwyczaj nowości przeważają ale w styczniu poszło mi dosyć kiepsko - z używaniem i kupowaniem. Sorry, ale taki mamy klimat ;) Zresztą, skupmy się teraz na pustakach a nowości zostawmy na kolejną notkę.


Słabiutko, prawda? Powtarzam jednak sobie, że najważniejszy jest to, że coś jednak udało mi się zużyć.


Piankę do mycia ciała Organique dostałam w Mikołajkowej przesyłce i o ile zapach był słodki o tyle nie do końca to moje klimaty. Jednak sama pianka była świetna i umilała mi (i nie tylko mi;)) prysznice. Jeżeli tylko mi się uda, postaram się zaopatrzyć w większą ilość kosmetyków tej firmy.
O peelingu Flake Away od Soap&Glory pisałam już jakiś czas temu, dokładnie tu KLIK. Nie zmieniłam zdania o nim i nadal uważam, że jest to produkt godny polecenia. Pewnie kiedyś do niego wrócę, narazie mam ochotę na przetestowanie innych drapaków S&G. Żel pod prysznic Radox niczym mnie nie zachwycił. Pachniał trochę chemicznie, koło wiśni to on chyba tylko stał. Cieszę się, że udało mi się wykończyć i więcej do niego nie wrócę.


Serum do włosów John Frieda było całkiem przyjemne, napakowane silikonami, które moje włosy bardzo lubią. Wygładzało, trzymało włosy pod kontrolą. Mam jeszcze miniaturę tego specyfiku, którą dostałam w GB i tysiąc innych podobnych specyfików więc już po niego nie sięgnę. Doszłam do wniosku, że szampony do włosów Aussie to nic specjalnego i jest dużo hałasu o nic. Ten robił co miał robić czyli mył.


Mineralny puder od Elizabeth Arden był odkryciem roku 2012. Potem trochę o nim zapomniałam ale nadal bardzo go lubiłam. Zresztą pisałam o nim rok temu, o tutaj, KLIK. Podkład do twarzy Hello Flawless BeneFit to kolejny twarzowy ulubieniec. Zostało go jeszcze trochę w opakowaniu ale pompka się popsuła/zacięła i nie mogę już niczego z niego wydobyć. A szkoda. Poświęciłam mu oddzielną recenzję, KLIK. I kolejny kosmetyk od BeneFit, miniaturka korektoru w kremie Boi-ing. W jego recenzji KLIK wspomniałam, że odcień 02 był za ciemny jednak zmieszany z 01 kiedy cera nabrała koloru w lecie sprawdził się doskonale. W moich zbiorach mam jeszcze kilka korektorów więc mimo wszystko do tego nie wrócę.


Pomadka do ust Springfield Cosmetics była jednym z wielu produktów przywiezionych dla mnie przez siostrę z Hiszpani. Świetnie nawilżała usta a w dodatku pięknie pachniała. Szkoda, że już raczej do mnie znowu nie trafi. Mała tubka olejku arganowego do włosów to moje kolejne zużyte opakowanie. Tak jak serum John Frieda, wygładza włosy, przyjemnie pachnie i ma bardzo fajną cenę. Miniaturka mleczka oczyszczającego od Ying Yang Skincare nie zachwyciła mnie niczym. Zużyłam bo zużyłam ale nie mam zamiaru zaprzyjaźniać się z kosmetykami tej firmy. Wspomnę jeszcze, że w grudniowym GB dostałam dwie saszetki kremu do twarzy tej firmy - nie zwróciłam na to uwagi ale po mejlu od Glossy dojrzałam, że saszetki są przeterminowane. Firma postanowiła się zrehabilitować i wysłała każdemu kto się zgłosił, zestaw trzech miniatur: tego mleczka, lotionu do ciała i kremu do twarzy. Miły gest.

To wszystko w tym miesiącu, nie jest tego dużo, prawda? Znacie te kosmetyki? Jak poszło Wam zużywanie w styczniu? 

                                                                                             Buziaki, 
                                                                                                Gosia

czwartek, 7 listopada 2013

Październikowe nowości

W ostatnim, denkowym poście wspomniałam, że bardzo zmalał poziom moich chciejstw. Nadal mam długą listę ale nie mam ochoty na spełnianie moich zachcianek. Nie wiem czy nie zapadłam w jakiś zimowy sen? Dlatego też zakupy poczynione w ostatnim miesiącu są małe. Oczywiście, na zdjęciu grupowym zobaczycie sporo rzeczy ale to tylko dlatego, że są to kosmetyki, które musiałam kupić jakiś czas temu i o nich zapomnieć. Znalazłam je podczas gruntownego sprzątania pokoju. Do czego to doszło żeby nie pamiętać co się zakupiło? Nie chcę Was zanudzać dlatego przejdźmy już do spokojnego omówienia co mi przybyło.


Jak zawsze zobaczymy tu przewagę kolorówki. W zastraszającym tempie przybywa mi też kosmetyków do włosów. Przy moim bobie tempo ich zużywania będzie bardzo ślimacze.

Z racji tego, że nie mam pod ręką MACa, musiałam przelać uczucia na jakąś inną firmę kosmetyczną, która jest u mnie dostępna stacjonarnie. Jest mi z tą zdradą źle ale wierzę, że jeszcze naprawię mój związek z MACiem. Ostatnio padło na BeneFit. Puder do twarzy, który obecnie mi towarzyszy przestał mi chyba wystarczać i zdecydowałam się na skok w bok z Stay Flawless. Jest jeszcze za wcześnie na jakiekolwiek opinie ale nie był to chyba zły wybór. Róży mam tyle, że wystarczyłoby na obdarowanie małej armii kobiet ale jeden więcej nie robi chyba różnicy? Rockateur kiedy tylko wyszedł mnie omotał i bardzo chciałam go mieć. Po kilku głębszych przemyśleniach stwierdziłam, że nie jest mi potrzebny. Jednak podczas lekcji makijażu z Bene zmieniłam zdanie. Śliczny jest i nie mogę się doczekać żeby Wam go pokazać.

Z L'Oreal nie mam dużego doświadczenia dlatego postanowiłam to zmienić. Podkład Nude Magique Eau de Teint chodził mi po głowie od kilku tygodni. W końcu wpadł w moje ręce. W ciemno postawiłam na najjaśniejszy kolor i chyba to była dobra decyzja. Wezmę go teraz w obroty i chętnie podzielę się z Wami wrażeniami. Z tej samej stajni jest też korektor rozjaśniający La Touche Magique. Nie robiłam jeszcze recenzji Touche Eclat dlatego zestawię te dwa produkty ze sobą. Jedno jest pewne, produkt L'Oreal nie wygląda tak zachwycająco jak YSL. Robiąc wspomniane porządki znalazłam w szufladzie z bielizną tusz do rzęd Babydoll YSL. Nie pamiętam jak i kiedy do mnie trafił ale za parę miesięcy będzie jak znalazł.


Z wykopków mam też szampon, odżywkę i maskę do włosów. Blond, oczywiście. Od John Frieda, oczywiście. Nie wiem kiedy ja to zużyję ale to zrobię. Obiecuję!

Ten nabłyszczający balsam(?) do włosów John Frieda musiał być nabyty razem z powyższymi kosmetykami. To chyba będzie całkiem przyjemny produkt a odkąd mam krótkie włosy mam fioła na punkcie ich stylizacji. Oby tylko mi ich nie skleił. Proszek nadający włosom objętość Batiste też chodził mi po głowie ale nigdzie wcześniej nie mogłam go dostać. W końcu dorwałam go w Boots w całkiem niezłej cenie.


W drogerii w której kupiłam kosmetyki L'Oreal załapałam się na prezent od tejże firmy. Za zakup dwóch kosmetyków dostałam kartonik z pełnowymiarowymi kosmetykami. W środku znalazłam dwa lakiery, błyszczyk, eyeliner (który nie załapał się na zdjęcia) i próbki podkładu. Okropnie się cieszę, że mogę wypróbować te kosmetyki bo raczej sama nie zwróciłabym na nie uwagi. Dodatkowy bonus to fakt, że wartość pudełka znacznie przewyższyła wartość zakupionych produktów. Gdyby tylko takie prezenty dawali w MACu ;)

Mówiłam, że jest tego mało. Wpadło Wam coś w oko? Chciałybyście o czymś przeczytać? 

                                                                                                                              Buziaki,
                                                                                                                                      Gosia

środa, 2 października 2013

W końcu skromnie! Wrześniowe nowości

Koniec miesiąca to, od roku, czas podsumowań. Tych denkowych jak i tych nowościowych. Z przyjemnością stwierdzam, że nie nabyłam zbyt wielu produktów - nadszedł czas na pójście na studia i liczenie pieniędzy ;) Tak teraz myślę, że nie wiem co sprawia mi większą przyjemność: denkowanie czy kupowanie? Tłumaczę sobie, że zakupy to nagroda dla mnie za zużywanie kosmetyków. Nie wiem czy jest w tym jednak jakaś logika? (Kobieca logika, a jakże). 
 Spójrzmy na grupowe zdjęcie mojej gromadki



Kurczę, w końcu zdenkowałam więcej niż kupiłam! Chociaż ... możliwe, że jest tego więcej tylko o tym zapomniałam? Pamiętajcie, że jeżeli czegoś nie pamiętasz to znaczy, że nigdy to się nie wydarzyło ;)

Da

Dałam sobie spokój z domowym rozjaśnianiem włosów i razem z nową fryzurą pokusiłam się o profesjonalne pasemka. Postanowiłam, że już nigdy nie doprowadzę swoich włosów do stanu w jakich były przez ostatnie kilka miesięcy i żeby zapobiec zżółceniu włosów zainwestowałam w zestaw John Frieda czyli szampon, odżywka i pianka do modelowaniu włosów. Fioletowe produkty będą pilnować żeby kolor został taki jaki jest ;)

Myjak do twarzy Peaches and Clean od Soap&Glory będzie w użyciu za jakiś czas kiedy zdenkuję żel Synergen, skusił mnie piękny zapach tego produktu. A ze względu na to, że mój żel pod oczy od Flos-leku jest już na wymarciu a produkty Soap&Glory były na przecenie do koszyka wrzuciłam żel Puffy Eye Attack. Jest w słoiczku ale taka forma wcale mi nie przeszkadza. Tak swoją drogą, witaj humorzasta jesień! Dziękuję, że tak spaskudziłaś mi zdjęcie.


W Urbanowej Strefie Zrzutu wypatrzyłam BeneFitowy High Beam. Zarzekałam się, że go nie chcę ale kiedy go zobaczyłam w atrakcyjnej cenie od razu zaświeciły mi się oczy. Lakier Essie Bouncer, it's me to też Urbanowy zakup. Po pierwszej i (ostatniej) aplikacji już, chyba, wiem dlaczego Urban chciała się go pozbyć ;) Od Marty dostałam też cheek stain ale kolor jest baaardzo intensywny i nie wiem czy pokuszę się o nałożenie go na moje lico.


W Boots zaopatrzyłam się o sztuczne rzęsy Demi Wispies od Ardell. Wychwalane na youTube, prędzej czy później musiały byc moje. No i temperówka do kredek od Urban Decay została kupiona bo miałam dosyć szukania normalnej temperówki w piórniku mojej siostry. Wydaje mi się też, że temperówka przeznaczone specjalnie do kosmetyków kolorowycj jest lepsze od zwykłej?


Słodkie pudełeczko i kosmetyczka zostały zaprojektowane przez Rebecca Moses specjalnie dla MACa, a w środku znalazł się błyszczyk Picture Pink, szminka Girl about Town i kredka do ust Embrace me. Wszystko razem tworzy zestaw, który bardzo się zadomowił na moich ustach. Dzięki przemiłej pani w Brown Thomas (a może dzięki mojemu wdziękowi:)), udało mi się też potajemnie wymacać najnowszą kolekcję Rihanny dla MAC, która wychodzi dopiero w tym tygodniu i w moje ręce wpadło duo bronzer i róż Hibiscus kiss. Zakochałam się w opakowaniach tej najnowszej limitki i jeżeli tylko mi się uda nabędę więcej kosmetyków RiRi. Ostatnią rzeczą to kredka do brwi, polecona przez tą samą panią, która pozwala mi na uzyskanie ładnego kształtu i koloru brwi (kredka, oczywiście, nie makijażystka).
Jakoś sporo tych MACowych rzeczy a do Brown Thomas weszłam tylko po błyszczyk NARSa, którego oczywiście nie kupiłam ;)

Czy moje wrześniowe nowości to był dobry wybór? O czym chciałybyście najpierw przeczytać?

                                                                                                                Buziaki,
                                                                                                                       Gosia
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...