Gdybym miała wybrać jedną markę kosmetyczną, którą chciałabym bliżej poznać to z pewnością byłby to theBalm - bo bardzo polubiłam rozświetlacz Mary-Lou Manizer KLIK, zdążyłam się zaprzyjaźnić z dzisiejszym bohaterem posta czyli bronzerem Bahama Mama ale to wszystko. Mam jednak ochotę na wypróbowanie róży i maźnięcie się cieniami, ale nic straconego bo namierzyłam szafę marki w mieście studenckim ;) Wracając do Bahama Mama (55zł/7g) - od poczatku miałam przeczucie, że się dogadamy ale nie sądziłam, że okaże się idealnym matowym bronzerem.
Opakowanie to chyba klasyczny dla the Balm kartonowa książeczka, z lusterkiem, zamykana na magnes. Mogłoby się wydawać, że ten kartonik jest lichy i nie posłuży nam długo a jednak jest trwały - podróżuję z nim, rzucam nim gdzie popadnie i nadal jest w idealnej kondycji. Nie będę osamotniona w stwierdzeniu, że kobieta na okładce bardzo przypomina mi Beyonce, którą uwielbiam.
Ale, wracając do bronzera, to idealny, chłodny brąz idealny do konturowania. Nie ma w nim drobinek, nie znajdziemy w nim ani najmniejszej nutki cegły, jest niemal ... brudny, błotnisty(?) ale w takim pozytywnym znaczeniu. Co prawda jest dobrze napigmentowany i moża narobić sobie nim nieestetycznych plam ale równie łatwo można się ich pozbyć bo Bahama Mama łatwo się blenduje, rozciera na twarzy. Bronzer cechuje świetna wydajność, używam go w miarę regularnie od roku a zużycie, lub jego brak, widoczne jest na zdjęciach.
Nie mogę dopatrzyć się w nim żadnych minusów, ma idealny kolor, dobrze się aplikuje, na mojej cerze jest trwały - trzyma się u mnie cały dzień. Przyznam szczerze, że Bahama Mama zdetronizowała mój ukochany Refined Golden z MAC, i polecam ją każdemu.
Jaki bronzer jest Waszym ulubionym?