Mówię to co miesiąc ale czas biegnie jak szalony a puste opakowania w torbie, które zbieram przez cały miesiąc coraz bardziej mi to uświadamiają. Lubię te moje posty z Projektem Denko, mogę wtedy dokładnie porównać puste opakowania z nowymi kosmetykami. Zazwyczaj nowości przeważają ale w styczniu poszło mi dosyć kiepsko - z używaniem i kupowaniem.
Sorry, ale taki mamy klimat ;) Zresztą, skupmy się teraz na pustakach a nowości zostawmy na kolejną notkę.
Słabiutko, prawda? Powtarzam jednak sobie, że najważniejszy jest to, że coś jednak udało mi się zużyć.
Piankę do mycia ciała Organique dostałam w Mikołajkowej przesyłce i o ile zapach był słodki o tyle nie do końca to moje klimaty. Jednak sama pianka była świetna i umilała mi (i nie tylko mi;)) prysznice. Jeżeli tylko mi się uda, postaram się zaopatrzyć w większą ilość kosmetyków tej firmy.
O peelingu
Flake Away od
Soap&Glory pisałam już jakiś czas temu, dokładnie
tu KLIK. Nie zmieniłam zdania o nim i nadal uważam, że jest to produkt godny polecenia. Pewnie kiedyś do niego wrócę, narazie mam ochotę na przetestowanie innych drapaków S&G.
Żel pod prysznic Radox niczym mnie nie zachwycił. Pachniał trochę chemicznie, koło wiśni to on chyba tylko stał. Cieszę się, że udało mi się wykończyć i więcej do niego nie wrócę.
Serum do włosów John Frieda było całkiem przyjemne, napakowane silikonami, które moje włosy bardzo lubią. Wygładzało, trzymało włosy pod kontrolą. Mam jeszcze miniaturę tego specyfiku, którą dostałam w GB i tysiąc innych podobnych specyfików więc już po niego nie sięgnę. Doszłam do wniosku, że
szampony do włosów Aussie to nic specjalnego i jest dużo hałasu o nic. Ten robił co miał robić czyli mył.
Mineralny puder od
Elizabeth Arden był odkryciem roku 2012. Potem trochę o nim zapomniałam ale nadal bardzo go lubiłam. Zresztą pisałam o nim rok temu, o
tutaj, KLIK. Podkład do twarzy
Hello Flawless BeneFit to kolejny twarzowy ulubieniec. Zostało go jeszcze trochę w opakowaniu ale pompka się popsuła/zacięła i nie mogę już niczego z niego wydobyć. A szkoda. Poświęciłam mu
oddzielną recenzję, KLIK. I kolejny kosmetyk od
BeneFit, miniaturka korektoru w kremie
Boi-ing. W jego
recenzji KLIK wspomniałam, że odcień 02 był za ciemny jednak zmieszany z 01 kiedy cera nabrała koloru w lecie sprawdził się doskonale. W moich zbiorach mam jeszcze kilka korektorów więc mimo wszystko do tego nie wrócę.
Pomadka do ust Springfield Cosmetics była jednym z wielu produktów przywiezionych dla mnie przez siostrę z Hiszpani. Świetnie nawilżała usta a w dodatku pięknie pachniała. Szkoda, że już raczej do mnie znowu nie trafi. Mała tubka olejku arganowego do włosów to moje kolejne zużyte opakowanie. Tak jak serum John Frieda, wygładza włosy, przyjemnie pachnie i ma bardzo fajną cenę. Miniaturka
mleczka oczyszczającego od
Ying Yang Skincare nie zachwyciła mnie niczym. Zużyłam bo zużyłam ale nie mam zamiaru zaprzyjaźniać się z kosmetykami tej firmy. Wspomnę jeszcze, że w grudniowym GB dostałam dwie saszetki kremu do twarzy tej firmy - nie zwróciłam na to uwagi ale po mejlu od Glossy dojrzałam, że saszetki są przeterminowane. Firma postanowiła się zrehabilitować i wysłała każdemu kto się zgłosił, zestaw trzech miniatur: tego mleczka, lotionu do ciała i kremu do twarzy. Miły gest.
To wszystko w tym miesiącu, nie jest tego dużo, prawda? Znacie te kosmetyki? Jak poszło Wam zużywanie w styczniu?
Buziaki,
Gosia