W końcu udało mi się zebrać wszystkie nowości tego lata, a większość z nich jest jeszcze z maja! Do nadrobienia został mi jeszcze post z ulubieńcami lata i mogę zabrać się za recenzje produktów, które służą mi już od ponad roku. Taki mam zapłon. Zresztą, wakacje upłynęły mi bardziej na zakupach ubraniowo-obuwniczych i w nosie miałam kosmetyki. Chyba mam za duży przesyt kolorówką i za mało czasu na jej używanie ale mam nadzieję, że teraz to się zmieni. A teraz zapraszam Was na krótką prezentację moich nabytków :)
piątek, 9 września 2016
New in / nowości
Etykiety:
Bleach London,
Bourjois,
CoLab,
Collection 2000,
Essence,
FaceD,
Garnier,
Inglot,
John Frieda,
La Roche-Posay,
MAC,
MUA,
NYX,
PS...,
Revlon,
Rimmel,
Sleek,
Smashbox,
Victoria's Secret,
zakupy
poniedziałek, 5 września 2016
Zużycia kosmetyczne
Nadal ciężko mi uwierzyć w to, że wakacje już się skończyły a jesień pojawiła się tak nagle. Przyznam, że w głębi serca cieszę się, że mogę wrócić do codziennej rutyny, do przerw na kawę pomiędzy zajęciami na uczelni i do ciepłych ogromnych szali, którymi będę mogła się opatulać. To właśnie wrzesień, a nie styczeń, jest dla mnie miesiącem nowych postanowień i planów. Nie będę ukrywać, że regularne blogowanie jest jednym z tych postanowień. A wraz z nowym rokiem przyszedł czas na pozbycie się pustych opakowań po kosmetykach, których udało mi się zużyć podczas wakacji.
Etykiety:
bareMinerals,
Benefit,
Dove,
Essence,
Garnier,
Inglot,
L'Oreal,
La Roche-Posay,
Lush,
MAC,
Nadur,
Projekt Denko,
Provoke,
Schwarzkopf,
Shiseido,
Technic,
Urban Decay,
Ziaja
poniedziałek, 16 maja 2016
MAC Mehr & Essence 15 Honey Berry
Szminki. Jak nudny byłby świat bez nich. Oczywiście, nie twierdzę, że tylko szminki poprawiają mi humor i tylko mazidła mi w głowie, ale jak głosi stare dobre porzekadło żeby życie miało smaczek, raz czerwień raz nudziaczek ;)
Od kilku miesięcy mocne, wyraziste kolory na ustach zarezerwowane są na większe wyjścia a na co dzień sięgam teraz po bezpieczniejsze, stonowane kolory. Idealnym przykładem na szminkę w stylu my lips but better jest szminka MAC w odcieniu Mehr (86zł/3g).
Mehr to cudowny, brudny, lekko brązowy róż. Idealny na co dzień, nie tylko wtapia się w makijaż ale sprawia, że ten wygląda lepiej, zdecydowanie go dopełnia. Ten odcień ma, moje ulubione, matowe wykończenie. Mimo to nie wysusza ust ani nie podkreśla suchych skórek chociaż przyznam, że rzadko która matowa szminka u mnie tak się zachowuje. Zresztą ten odcień na ustach nie jest zupełnie matowy, ani suchy a daje lekko satynowy, mokry efekt. Mehr jest świetnie napigmentowany i nawet najcieńsza warstwa daje całkiem dobre krycie.
Tak jak w przypadku innych matowych szminek, Mehr ma zabójczą trwałość. Przyznam, że rzadko kiedy poprawiam usta w ciągu dnia, Picie, jedzenie w dużych ilościach nie jest mu straszna. A kiedy już zaczyna schodzić to zjada się bardzo równo, no i, to przecież kolor, który nawet lekko starty nadal dobrze wygląda na ustach.
Może wyjdzie teraz ze mnie kosmetyczna wiocha i Grażyna ale Mehr cholernie podoba mi się w połączeniu z ciemniejszą konturówką. Tu na pomoc przyszła kredka z Essence (5zł/1g) w odcieniu 15 Honey Berry. Jest miękka ale pozwala na precyzyjne obrysowanie ust i ani trochę ich nie przesusza, do tego jest dobrze napigmentowana. Czego chcieć więcej?
Zdjęcie nie porywa ale zrobione było z rąsi, telefonem. To jak, zachęciłam Was do Mehr?
wtorek, 1 grudnia 2015
Październikowo-listopadowe zużycia kosmetyczne
Aż trudno uwierzyć, że za kilka dni będzie już grudzień, chyba jeszcze nigdy czas nie przelatywał mi tak przez palce jak w tym roku. Powoli zaczynam robić listy świąteczne, listy rzeczy do zrobienia - na jednej z pozycji jest, jak zawsze, ogarnięcie kosmetyków. Nie wiem jeszcze jak się za to zabiorę ale wyrzucenie śmieci z ostatnich dwóch miesięcy chyba ma mi w tym pomóc ;) Najbardziej cieszę się z zużytej kolorówki - i kto powiedział, że śmieci nie mogą zrobić przyjemności?
Zużyłam kolejną buteleczkę rajstop w sprayu Sally Hansen i kolejna jest już w użyciu. Uwielbiam ten produkt i mimo że cały czas testuję nowe samoopalacze zawsze wracam do Sally. Brązująca pianka do ciała St.Moriz była niby w odcieniu medium a na ciele jedna warstwa dawała bardzo delikatny efekt. Kosztuje jednak grosze więc warto się nią zainteresować.
Bardzo lubię suchy szampon do blond włosów z Batiste, po takie specyfiki sięgam bardzo rzadko, tylko w sytuacjach bardzo kryzysowych ale lubię kiedy ładnie pachną i choć trochę poprawiają wygląd włosów. Odżywka w sprayu Uniq One z Revlon Professionals to mój hit wszechczasów, z włosami robi prawdziwe cuda: są miękkie, nawilżone, przyjemne w dotyku i fajnie się układają. Miniatury odżywki do włosów z Dove nie używałam solo, a mieszałam ją z inną odżywką, i nie mogę zbyt wiele powiedzieć.
Tonik w sprayu z Yonka był tylko jednym z kroków w mojej pielęgnacji, ale czego można się spodziewać po mgiełce ;) Miniatura Moisture Prep Toning Lotion z Benefit okazała się dość gęsta ale zostawiała skórę przyjemnie miękką i nawilżoną chociaż nie na tyle żebym sięgnęła po pełnowymiarowe opakowanie. Zużyłam kolejne opakowanie wody micelarnej Garnier, nic nowego ;) No i próbka they're real remover Benefit ale szczerze przyznam, że nie pamiętam jak sie sprawdziła.
Lubię testować nowe podkłady ale zawsze na toaletce musi stać MAC Studio Fix, nie wiem ile już zużyłam. Kolejny zużyty podkład to Naked Skin Liquid Foundation z Urban Decay KLIK, który okazał się świetnym produktem. Ceniłam go za lekkość i średnie krycie, a taka kombinacja jest rzadka do znalezienia. Nie byłam za to zachwycona tuszem do rzęs tej samej marki czyli Perversion KLIK, obiecywał bardzo dużo a okazał się bardzo słabym ogniwem UD.
Przy okazji zrobiłam porządki w lakierach do paznokci i pozbyłam się lakierów, które zdążyły już zgęstnieć, jest miejsce na nowości ;)
A jak Wam idzie denkowanie?
Etykiety:
Batiste,
Benefit,
Dove,
Essence,
Garnier,
L'Oreal,
MAC,
OPI,
Orly,
Projekt Denko,
Revlon,
Rimmel,
Sally Hansen,
St.Moriz,
Urban Decay,
Yonka
środa, 30 września 2015
Nowości kosmetyczne
Denka, czy jak kto woli, śmieci kosmetyczne zawsze niosą ze sobą nowości :) zakupy to chyba jedna z najbardziej ulubionych czynności każdej z nas. Raczej nic nie odpręża tak bardzo jak kupno nowych ubrani czy kosmetykiów, prawda? Ostatnio odeszłam od co miesięcznego pokazywania zakupów, ot, raz jest ich więcej raz mniej więc staram się robić takie posty co dwa miesiące lub kiedy zbierze się tego trochę więcej. Nie wiem jak Wy ale ja uwielbiam nowości innych, mogę wtedy podejrzeć co jest teraz w ofercie, jaką marką warto się zainteresować podczas kolejnych zakupów.
Kosmetyki od Laboratorium Nova* to jedyne nowości pielęgnacyjne. Po dogłębnym zapoznaniu się z ofertą marki wybrałam dla siebie dwa produkty z serii Go Cranberry - Inteligentnie Nawilżający Krem do Twarzy na Dzień i Odżywczo-Wygładzający Krem pod Oczy. Już kiedyś miałam próbkę kremu do twarzy i nadal podtrzymuję moje zdanie o jego zapachu - jest dla mnie zbyt mocny ale z działania obu panów jak narazie jestem zadowolona chociaż to jeszcze za szybko na jakiekolwiek recenzje. Do rytuału wieczornej pielęgnacji dołączył też olejek do twarzy z serii GoArgan+ , jeszcze nigdy nie miałam okazji przetestować olejku do twarzy dlatego jestem bardzo ciekawa jakie działanie na mojej cerze będzie miał ten produkt z olejkiem arganowym i kiełkami owsa.
Paletka cieni do powiek Naked Smoky z Urban Decay miała swoją premierę tu KLIK. Dopiero szykuję jej pełną recenzję ale to nie jest moja paletka - zupełnie nie czuję się w tych kolorach. Trafiłam też na świetną promocję rozświetlacza Touche Eclat z YSL z której wprost nie mogłam nie skorzystać. W zeszłym tygodniu robiąc rundkę po drogeriach znalazłam szafę MUA, na pierwszy ogień poszła paletka Undressed, czyli tańsza wersja czy dupe UD Naked1. Kuszą mnie też ichnie rozświetlacze tylko nie wiem jaki odcień wybrać?
Konturówek do ust nigdy nie za wiele i o ile bardzo lubię te z NYX o tyle ich szafy są zawsze mocno przebrane. Dlatego do koszyczka trafiła konturów Catrice 150 Vintage Rose i Essence 12 Wish Me a Rose, obie w bardzo bezpiecznych i delikatnych kolorach. Nabrałam też ochoty na różowo fioletowy cień do powiek i od razu skierowałam się do MACa, wybrałam przepiękny cień w odcieniu Star Violet, który na powiece wygląda wprost fenomenalnie.
Pozostają przy MACu korzystając z Back to MAC i, bardzo przydatnych, kart lojalnościowych trafiły do mnie aż cztery szminki. Od lewej - All Fired Up, Diva, Steady Going i Viva Glam Miley Cyrus 2.W każdej z nich świetnie się czuję, ale u mnie o to nie ciężko ;)
Wpadło Wam w oko coś z moich nowości? Koniecznie muszę wziąć się za recenzje szminek bo jeszcze tak wielu z nich nie pokazywałam naustnie.
środa, 5 marca 2014
Kolekcja na środę:pędzle do makijażu
Pędzle do twarzy mam już od ponad roku, nie gubią włosia, nie zniekształciły się, nie sprawiaja mi kłopotów przy praniu.
Podobnie jak z pędzlami MAC, Real Techniques nie gubią włosia i łatwo można zmyć z nich produkt.
Pędzle dołączone do kosmetyków. Pędzel do różu Bobbi Brown, który kupiłam w parze z Shimmer Brick ostatnio u mnie nie gości zbyt często. Nie wiem dlaczego, przecież do nakładania różu bądż rozświetlacza jest świetny, chyba chodzi o to, że jest dość mały i ginie przy większych pędzlach. Obustronne pędzelki Urban Decay, dołączone do Naked 2 i Naked 2 lubię i to bardzo. Świetnie blendują, wklepują i nakładają cienie na powiekę.
Zestaw kupiony jakieś 3 lata temu, sygnowany Cosmopolitan i który, o dziwo, nadal dość dobrze mi służy. Smokey eyes angled brush używam do aplikacji eyelinera w kremie, ma zbite i twarde włosie ale mimo tego nie podrażnia delikatnej skóry. Smokey eyes base brush używam zgodnie z przeznaczeniem, do nałożenia bazowego cienia na powiekè a smokey eyes smudger pomaga mi przy makijażu w 2 minuty, gdzie szybko nakładam kredkę do oczu i jeszcze szybciej ją rozcieram. Gadżet ale czasami przydatny.
Ostatnie dwa egzemplarze. Everyday minerals kupiony za grosze na eBay, na początku służył mi do nakładania podkładu. Potem zszedł na psy i każda próba użycia kończyła się tym, że na twarzy miałam kępki włosia. Nie używam go ale trzymam go w razie W. I pędzel rodzynek w mojej kolekcji, bo to jedyny pędzel z essence jaki mam. Pędzel do blendowania cieni, który jest chyba dość popularny. Bardzo go lubię, używałam go regularnie do czasu nabycia 217 z MAC. Co prawda, zgubił ostatnio trochę kłaków ale nie mam zamiaru narazie się z nim rozstać.
Czuję, że wyszedł mi bardzo długi post a nie zawarłam w nim wszystkiego co chciałabym napisać o tych pędzlach dlatego jeżeli macie jakiekolwiek pytania na ich temat chętnie Wam odpowiem. Tak teraz szybko przeleciałam zdjęcia, wygląda na to, że mam 14 pędzli do twarzy, 11 pędzli do oczu i jeden pędzelek do ust. Jestem ciekawa jak wyglądają Wasze zbiory pędzlowe? Po jakie pędzle najczęściej sięgacie?
Buziaki,
Gosia
wtorek, 4 marca 2014
Lutowy Projekt Denko
Wow, nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem ale jestem pod wrażeniem tego co udało mi się zdenkować w lutym. Nie przywiązywałam do tego zbyt wielkiej wagi a prawie codziennie coś lądowało w denkowym worku. Wydaje mi się, że im mniej przejmuję denkowaniem tym więcej mam pustaków ;-) chyba trochę się zakręciłam więc przejdę do zaprezentowania lutowych denek.
Udało mi się też zużyć miniaturkę Tonique Douceur z Lancome, który okazał się być całkiem całkiem. Mam coraz większą ochotę na poznanie pielęgnacji tej firmy. Mleczko Galateis Douceur nie do końca przypadło mi do gustu ale tylko dlatego, że taka konsystencja nie jest moją ulubioną. LUSHowe opakowania kryły w sobie dwie maseczki do twarzy Ayesha i BB Seaweed, bodajże obie na bazie glinki. Zużycie ich zajęło mi sporo czasu i nadal nie wiem co o nich myśleć.
Serum do twarzy Idealia z Vichy pojawia się w denkowcach już któryś raz z kolei. Jednak nadal nie zmieniłam zdania co do tego specyfiku. Po kilkunastu minutach od nałożenia roluje sie na twarzy i zostawia na niej wiórki. Miniatura kremu do twarzy Yin Yang naprawdę mnie zachwyciła bo cudownie nawilżał twarz. Jednak nie pokuszę się o zakup pełnowymiarowego kosmetyku bo jego mała dostępność mnie do tego nie zachęca. Punktowy żel na pryszcze Normaderm Hyaluspot,też z Vichy okazał się u mnie niewypałem. Moja siostra była nim zachwycona, zresztą napisala u mnie jego recenzję, a umnie zupełnie się nie sprawdził. Nie robił nic. I 'starter kit' Dermablend, znowu z Vichy, wyrzucam bo kolory są baaardzo ciemne więc za nic nie uda mi się go nawet liznąć.
To wszystko w tym miesiącu - sporo, prawda? Jestem ciekawa czy znacie moich denkowców i czy podzielacie moje zdanie o nich? Jak Wasze denka w lutym?
Buziaki,
Gosia
Etykiety:
Anatomicals,
Byphasse,
Essence,
L'Oreal,
Lancome,
Lush,
MAC,
Maybelline,
Original Source,
Pantene,
Projekt Denko,
Soap&Glory,
Vichy,
Ying Yang Skincare
poniedziałek, 2 września 2013
Fakty faktami ale denka muszą się zgadzać. Sierpniowy Projekt Denko
Najpierw zrobiłam zdjęcia pustym opakowaniom żeby na spokojnie usiąść i nagrać też denkowy filmik. Niestety sąsiad mnie przechytrzył, i kiedy się mościłam na krześle, wjechał traktorem na pole obok - uroki mieszkania na wsi czyż nie. Dlatego dziękujcie sąsiadowi, że nie pojawi się tutaj link do YT ;)
Denkowania wciągnęło mnie niesamowicie i sprawia mi wielką przyjemność. Co prawda trzymanie w pokoju pustych opakowań jest trochę irytujące ale czego się nie robi dla satysfakcji z zdenkowania kosmetyków? Czego pozbyłam się w tym miesiącu?
Po zrobieniu grupowego zdjęcia próbowałam podzielić denkowców na kategorie co nie było łatwe bo prawie wszystko jej z innej parafii.
Zaczynając od pana po lewej czyli myjącym peelingu z żurawiną z Joanny, który zachwycił mnie swoim zapachem! Co prawda do ciała wydawał mi się być zbyt delikatny ale idealnie sprawdził się do peelingowania twarzy. No i butelka jest tak maciupeńka, że obawiałam się iż starczy jedynie na 3-4 aplikacje na całe ciało. Żele pod prysznic OS nadal mnie zadziwiają. Nie że to ich działanie mnie tak zdumiewa ale to jak szturmem podbiły blogosferę. Co prawda wersja limonkowa pachniała jak Skittles ale naprawdę czym się tu tak zachwycać? Miniaturka olejku Caudalie to, niestety, tylko 15ml szczęścia. Nie chciałam marnować tego cuda na ciało czy włosy ale nakładałam go co wieczór na twarz (bądź co bądź twarz mam nadal mniejszą niż pośladek) i takim sposobem cieszyłam się idealnie miękką i nawilżoną skórą przez ponad miesiąc. Spray rozjaśniający włosy John Frieda był odkryciem zeszłego roku. Rzeczywiście sukcesywnie rozjaśniał moje włosy. Mam jeszcze drugi egzemplarz razem z odżywką i szamponem z tej samej serii ale chyba dam sobie przerwę na jakiś czas. Nie chcę zniszczyć włosów. Dezodorant Garnier nie będzie miał tu żadnej recenzji. Dezodorant jak dezodorant. Za to pianka do mycia twarzy z L'Occitane to spory bubel. Powiem, że było to sporym zaskoczeniem bo krem do twarzy z tej samej serii był moim odkryciem roku 2011. Pianka nie oczyszczała ani trochę a i tak używałam jej jedynie rano. Niestety mam chyba gdzieś drugie opakowanie pianki.
Kolejny raz zdenkowałam suchy szampon Batiste. Nie mam porównania z innymi firmami ale Batiste na tyle mnie zadowala, że nie będe eksperymentować. Spray termoochronny z Aussie towarzyszł mi dłuuugi czas - gdyż iż ponieważ bardzo rzadko korzystam z suszarki/prostowiny/lokówki. Nie mogę się więc wypowiedzieć na temat jego działania bo nie używałam go regularnie.
Krem Nivea służył mi do wszystkiego: rąk, twarzy, ciała. Nie jest może on ideałem ale raz na jakiś czas pozwalałam sobie na zgrzeszenie ;) Nawilżający krem do twarzy Neutrogeny czasami wydawał się być zbyt lekki na moje potrzeby i, nie zawsze, ale często wyczuwałam w nim zapach plastiku. Jedynym plusem tego kremu było to, że zawiera SPF15. Mineralny krem do twarzy z tintem z Coola był strzałem w dziesiątkę w upalne dni, kiedy nie chciałam kłaść na twarz ciężkiego podkładu a kiedy chciałam mieć jednak coś na twarzy. Była to miniaturka z GlossyBox i szczerze żałowałam, że to tylko 7ml. Jakby nie było - starczyło na ponad miesiąc. Za to krem Total Moisture od BeneFit to dno i metr mułu. Czułam się jak w masce pod którą okropnie się pociłam. Jak dobrze, że była to tylko miniaturka!
Podczas gruntownych porządków znalazłam dwa eyelinery Essence, które mam od 2-3 lat a których nigdy nie używałam. Nie będe teraz ich testować prawda? Lakier do paznokci, też z Essence, zasechł na Amen. Eyeliner z Collection 2000 w ogóle się tu nie powinien pojawić! Nie wiem paczemu zrobiłam mu zdjęcie jako denkowcu? Niestety tusz do rzęs False Lash Flutter L'Oreal nie spełnił moich oczekiwań. Sklejał rzęsy i okropnie się kruszył. Nigdy więcej!
Maseczka do twarzy przyjechała razem z siostrą z Hiszpanii ale jakoś nie podbiła mojego serca (maseczka znaczy się, nie siostra). Naklejki Essie pokazałam Wam na paznokciach kilka postów wstecz. Takiego koszmaru nigdy nie miałam na paznokciach! Próbka perfum Miss Dior okazała się być kawałkiem kartonika nasączonym zapachem. Chciałam zobaczyć jak zapach rozwinąłby się na mojej skórze ale niestety potarcie nadgarstka kartonikiem nie dało to żadnego efekty. Niemniej kartonik pachniał cudownie.
To wszystko w tym miesiącu. Macie doświadczenia z którymś z moich denkowców? Chętnie dowiem się co się u Was sprawdziło a co okazało się kompletnym niewypałem.
Buziaki,
Denkowania wciągnęło mnie niesamowicie i sprawia mi wielką przyjemność. Co prawda trzymanie w pokoju pustych opakowań jest trochę irytujące ale czego się nie robi dla satysfakcji z zdenkowania kosmetyków? Czego pozbyłam się w tym miesiącu?
Po zrobieniu grupowego zdjęcia próbowałam podzielić denkowców na kategorie co nie było łatwe bo prawie wszystko jej z innej parafii.
Zaczynając od pana po lewej czyli myjącym peelingu z żurawiną z Joanny, który zachwycił mnie swoim zapachem! Co prawda do ciała wydawał mi się być zbyt delikatny ale idealnie sprawdził się do peelingowania twarzy. No i butelka jest tak maciupeńka, że obawiałam się iż starczy jedynie na 3-4 aplikacje na całe ciało. Żele pod prysznic OS nadal mnie zadziwiają. Nie że to ich działanie mnie tak zdumiewa ale to jak szturmem podbiły blogosferę. Co prawda wersja limonkowa pachniała jak Skittles ale naprawdę czym się tu tak zachwycać? Miniaturka olejku Caudalie to, niestety, tylko 15ml szczęścia. Nie chciałam marnować tego cuda na ciało czy włosy ale nakładałam go co wieczór na twarz (bądź co bądź twarz mam nadal mniejszą niż pośladek) i takim sposobem cieszyłam się idealnie miękką i nawilżoną skórą przez ponad miesiąc. Spray rozjaśniający włosy John Frieda był odkryciem zeszłego roku. Rzeczywiście sukcesywnie rozjaśniał moje włosy. Mam jeszcze drugi egzemplarz razem z odżywką i szamponem z tej samej serii ale chyba dam sobie przerwę na jakiś czas. Nie chcę zniszczyć włosów. Dezodorant Garnier nie będzie miał tu żadnej recenzji. Dezodorant jak dezodorant. Za to pianka do mycia twarzy z L'Occitane to spory bubel. Powiem, że było to sporym zaskoczeniem bo krem do twarzy z tej samej serii był moim odkryciem roku 2011. Pianka nie oczyszczała ani trochę a i tak używałam jej jedynie rano. Niestety mam chyba gdzieś drugie opakowanie pianki.
Kolejny raz zdenkowałam suchy szampon Batiste. Nie mam porównania z innymi firmami ale Batiste na tyle mnie zadowala, że nie będe eksperymentować. Spray termoochronny z Aussie towarzyszł mi dłuuugi czas - gdyż iż ponieważ bardzo rzadko korzystam z suszarki/prostowiny/lokówki. Nie mogę się więc wypowiedzieć na temat jego działania bo nie używałam go regularnie.
Krem Nivea służył mi do wszystkiego: rąk, twarzy, ciała. Nie jest może on ideałem ale raz na jakiś czas pozwalałam sobie na zgrzeszenie ;) Nawilżający krem do twarzy Neutrogeny czasami wydawał się być zbyt lekki na moje potrzeby i, nie zawsze, ale często wyczuwałam w nim zapach plastiku. Jedynym plusem tego kremu było to, że zawiera SPF15. Mineralny krem do twarzy z tintem z Coola był strzałem w dziesiątkę w upalne dni, kiedy nie chciałam kłaść na twarz ciężkiego podkładu a kiedy chciałam mieć jednak coś na twarzy. Była to miniaturka z GlossyBox i szczerze żałowałam, że to tylko 7ml. Jakby nie było - starczyło na ponad miesiąc. Za to krem Total Moisture od BeneFit to dno i metr mułu. Czułam się jak w masce pod którą okropnie się pociłam. Jak dobrze, że była to tylko miniaturka!
Podczas gruntownych porządków znalazłam dwa eyelinery Essence, które mam od 2-3 lat a których nigdy nie używałam. Nie będe teraz ich testować prawda? Lakier do paznokci, też z Essence, zasechł na Amen. Eyeliner z Collection 2000 w ogóle się tu nie powinien pojawić! Nie wiem paczemu zrobiłam mu zdjęcie jako denkowcu? Niestety tusz do rzęs False Lash Flutter L'Oreal nie spełnił moich oczekiwań. Sklejał rzęsy i okropnie się kruszył. Nigdy więcej!
Maseczka do twarzy przyjechała razem z siostrą z Hiszpanii ale jakoś nie podbiła mojego serca (maseczka znaczy się, nie siostra). Naklejki Essie pokazałam Wam na paznokciach kilka postów wstecz. Takiego koszmaru nigdy nie miałam na paznokciach! Próbka perfum Miss Dior okazała się być kawałkiem kartonika nasączonym zapachem. Chciałam zobaczyć jak zapach rozwinąłby się na mojej skórze ale niestety potarcie nadgarstka kartonikiem nie dało to żadnego efekty. Niemniej kartonik pachniał cudownie.
To wszystko w tym miesiącu. Macie doświadczenia z którymś z moich denkowców? Chętnie dowiem się co się u Was sprawdziło a co okazało się kompletnym niewypałem.
Buziaki,
Etykiety:
Aussie,
Batiste,
Benefit,
Caudalie,
Coola,
Essence,
Essie,
Joanna,
John Frieda,
L'Occitane,
L'Oreal,
Neutrogena,
Nivea,
Original Source,
Projekt Denko
piątek, 16 sierpnia 2013
Puszek okruszek na paznokciach - Lakier do paznokci Bell i puszek do zdobienia paznokci Essence
Puszek do zdobienia paznokci po raz pierwszy widzałam u Ciate - o ile kawiorowy trend mi się podobał o tyle puszek do paznokci zupełnie do mnie nie przemówił. No i nie miałam ochoty wydać nie wiadomo ile na Ciatowy meszek. Zdanie zmieniłam kiedy na stoisku Essence dojrzałam puszek z limitki Guerilla Gardening za całkiem przyzwoitą cenę. Kupiłam ale leżał w koszyczku przez jakieś dwa miesiące dopóki nie zdecydowałam się go użyć razem z lakierem Bell, który dostałam od Cullen.
W tym lakierze jestem zakochana! Nie dość, że ma piękny różowy kolor to samo malowanie paznokci nim jest samą przyjemnością. Nie smuży, jedna warstwa daje piękny efekt, szybko wysycha a do tego jest trwały. Tak trwały, że do teraz nie mogę w to uwierzyć. Otóż zawsze, ale to zawsze, na moich paznokciach wytrzymuje cały tydzień. Bez odprysków.
Nie byłam ani trochę oryginalna i różowy lakier połączyłam z różowym puszkiem. W sumie to był tylko mały eksperyment żeby zobaczyć jak ten meszek sprawdza się na paznokciach.
W tym lakierze jestem zakochana! Nie dość, że ma piękny różowy kolor to samo malowanie paznokci nim jest samą przyjemnością. Nie smuży, jedna warstwa daje piękny efekt, szybko wysycha a do tego jest trwały. Tak trwały, że do teraz nie mogę w to uwierzyć. Otóż zawsze, ale to zawsze, na moich paznokciach wytrzymuje cały tydzień. Bez odprysków.
Nie byłam ani trochę oryginalna i różowy lakier połączyłam z różowym puszkiem. W sumie to był tylko mały eksperyment żeby zobaczyć jak ten meszek sprawdza się na paznokciach.
Nakładanie puszku jest bardzo proste. Malujemy paznokieć lakierem i zaniem wyschnie posypujemy paznokieć puszkiem. Potem pozbywamy się nadmiaru puszku i gotowe. Pozbycie się nadwyżki nie było jednak takie proste bo przykleił się on dosłownie do wszystkiego. Nawet do niepomalowanego palca.
Po pierwszym umyciu rąk meszek jeszcze się trzymał ale podejrzewam, że to zasługa tego że spsikałam go lakierem do paznokci. Po kolejnym zmoczeniu paznokieć wyglądał jak mokry szczur a po wyschnięciu jak sfilcowany szczur. I tyle.
Wydaje mi się, że taki puszek to fajna alternatywa na imprezy pod warunkiem, że nie myjemy rąk za często. I jeżeli puszek kosztuje grosze jak Essence a nie jak Ciate.
Co myślicie o puszkowym trendzie?
Buziaki,
Subskrybuj:
Posty (Atom)